sobota, 8 listopada 2014

Nolan, przeholowałeś Pan. "Interstellar" (2014) - po seansie

Po dwunastomiesięcznym odliczaniu, kiedy krótko po seansie "Grawitacji" ujrzałem pierwszy teaser nowej produkcji Christophera Nolana, w końcu się doczekałem. Nadszedł 8 listopada 2014, zegar dobiegł do zera, a ja ponownie wzniosłem się ponad Ziemię, docierając w przestrzeń kosmiczną jeszcze dalej, niż zapewnił to przed rokiem Cuarón - a czy towarzyszyły mi tak samo dobre odczucia? Pora na obiecaną garść wrażeń na gorąco po kinowym seansie "Interstellar".

Film obejrzałem dzięki Warner Bros Polska i Cinema City.

Tytułem wstępu

Tekst może zawierać spoilery zdradzające fabułę - jeśli nie widziałeś filmu, poczekaj z czytaniem wpisu dopóki sam nie obejrzysz filmu.

Fundamentalne pytanie - dla kogo jest ten film? Ktoś, kto oczekuje słodziutkiego kina familijnego, tyle że z akcją dziejącą się poza Ziemią, ten się nie zawiedzie. Kto oczekuje czegoś pompatycznego, niezbyt umiejętnie wyciskającego łzy, także już powinien rezerwować bilet. Kto zaś po zwiastunach i opisach filmu oczekuje surowego kina science fiction, które miało być oparte na teorii Kipa Thorne'a, ale bez nadmiaru wspomnianych dodatków powodujących cofnięcie zawartości żołądka, ten może się rozczarować. Ja na moje nieszczęście byłem w tej ostatniej grupie widzów. Nie wierzę, że to zaczynam pisać. Jeszcze kilka godzin temu byłem tak podjarany, jak nigdy w tym roku przed wyjściem do kina. Przez ostatni tydzień dałem sobie spokój z przeglądaniem recenzji i zajmowaniem się "Interstellar", aby ktoś mi nie wyskoczył ze spoilerem (jeśli okaże się, że jestem jedynym, który pojeździ po tym filmie, to przepraszam, nie miejcie mi tego za złe). Z rana wyruszyłem w drogę - najpierw do Cinema City, potem ku gwiazdom. Teraz wiem, że zapomniałem już jakie to uczucie czekać na jakąś premierę tyle czasu, a w momencie seansu po obejrzeniu jakichś 50 minut zapowiadających dobry film zacząć dostawać z liścia a to raz z prawej, a to raz lewej strony. Mimo ogólnego rozczarowania postaram się być w swojej subiektywnej ocenie możliwie obiektywnym. Ale po kolei.

Interstellar - Nolana potyczka z Kubrickiem


Zacznę od zalet - jest wiele spraw, za które będę bić brawa. Plus numer jeden. Matthew McConaughey. Wobec tego aktora miałem duże oczekiwania - nie zawiódł. Sztampowe do bólu teksty, które Nolanowie wepchnęli w postać Coopera jaką zagrał będą przyczyną mojego zminusowania ich a nie Matthew. Zagrał przekonująco człowieka rozdartego emocjami wywołanymi najważniejszą decyzją jaką musiał podjąć, a więc wyruszeniem w przestrzeń i pozostawieniem bliskich na Ziemi. Jeśli McConaughey otrzyma nominację do Oscara za najlepszą rolę pierwszoplanową, to nie będę czuł zdziwienia.

Plus numer dwa. Dzieciaki Coopera. Rzadko w hollywoodzkich produkcjach dzieje się, by nie spotkać się na tym polu ze sztucznością. Córka Murph (Mackenzie Foy) jak i syn Tom (Timothée Chalamet) w czasie odgrywania dziecięcych lat spisali się na poziomie, nie czułem się nimi rozdrażniony. Wspominam o tych postaciach, ponieważ to wokół nich w większości będzie się skupiać film, a konkretnie wokół ich emocji związanych z rozstaniem z ojcem, którego z uwagi na dylatację czasu przy pokonywaniu tunelu czasoprzestrzennego zobaczą ponownie jako dorośli ludzie (o ile ojciec wróci) lub w ogóle (gdyby nie wrócił). Ten wątek stanie się głównym, czyniąc z dobrego materiału na kino science fiction film z elementami sci-fi podpadający zdecydowanie bardziej pod jakiś melodramat.





Kolejna zaleta filmu. Hoyte Van Hoytema - a konkretnie zdjęcia, które jemu zawdzięczamy. To niezaprzeczalnie jeden z największych plusów, jakie można wynieść po seansie. Dostajemy tu pięknie ukazany głębszy Wszechświat, który dostarcza prawie tyle samo zachwytu co wyczyn Emmanuela Lubezkiego w "Grawitacji" z okołoziemskiej orbity. Sekwencje ukazujące przestrzeń kosmiczną na zewnątrz statków, bez dodatku muzyki lecz z całkowitą ciszą potrafią wspaniale zahipnotyzować, a przy tym wyglądają cholernie naturalnie, tak jak w "2001: Odysei kosmicznej" czy właśnie ubiegłorocznym filmie Cuaróna. Szkoda tylko, że łącznie stanowią one co najwyżej 5-10 minut z niemal trzech godzin filmu, ale nie za to za kilka akapitów ocena zacznie lecieć w dół.

Trzeba niewątpliwie docenić całą stronę realizatorską produkcji. Najpewniej twórcy dostaną Oscara. Nolan stworzył imponujące efekty specjalne, ograniczając technikę CGI do minimum. Wszystkie statki i pojazdy kosmiczne nie są generowane komputerowo, ale jako rzeczywiste makiety potwierdzają coś, co u Nolana bardzo mi się podoba - jego pieczołowitość w konstruowaniu scenografii przy dążeniu do jak najmniejszego udziału komputerowych wizualizacji. Bardzo przypadł mi do gustu styl retro statków i pomysł z robotem TARS (co niewątpliwie nawiązuje do HAL'a 9000 w kwestii dialogów czy Monolitu pod kątem kształtu). Nawet plenery obcej planety nie są tworzone techniką CGI, lecz stanowią prawdziwe miejsca na naszej Ziemi umiejętnie dobrane przez reżysera. Brawo panie Nolan.





Mjuzik baj Hans Zimmer. Już przed miesiącem wspominałem tu, że obawiam się tego wyboru reżysera. Dzisiaj skłamałbym jednak, gdybym napisał, że ten aspekt filmu mnie zawiódł. Mimo, że wiele ostatnich lat Zimmera było nijakich, muzyka jaką stworzył ten niemiecki kompozytor do "Interstellar" jest niesamowita! W połączeniu ze zdjęciami i całą kosmiczną scenerią daje wielkiego kopa, człowiek może dosłownie odpłynąć. Hans, wreszcie znów dałeś powód do bicia braw. Nie znam soundtracków innych tegorocznych produkcji więc nie mogę porównać, ale nominacja do Oscara nie będzie dla mnie zdziwieniem.


Mówiąc o warstwie wizualno-dźwiękowej, nie sposób przejść obojętnie wobec dwóch głównych kosmicznych "bohaterów" - najbardziej realistycznie pod względem wyglądu odwzorowanej czarnej dziury i tunelu czasoprzestrzennego, stworzonych na podstawie posiadanej dzisiaj wiedzy. Największa w tym zasługa fizyka Kipa Thorne'a z Caltech, z którego pomocą Nolan stworzył wspaniałą i porażającą wizualizację kosmicznego potwora, jak i sfery stanowiącej furtkę do hipotetycznej podróży między wymiarami. Świetne wizualne odwzorowanie mechanizmów kształtujących działanie czarnej dziury zachwyci każdego widza, dla którego w tym wypadku strona naukowa filmu jest ważniejsza, od strony filmowej fikcji.

No właśnie - tym bardziej irytuje, by nie użyć mocniejszego sformułowania fakt, że tak wspaniale dopracowane wizualnie zjawisko czarnej dziury, Nolan w jednej chwili postanawia wykorzystać w sposób zupełnie oderwany od rzeczywistości. Ten gość nagle zapomina o całych tych tablicach wyliczeń poczynionych z Thornem w czasie produkcji filmu i postanawia zniweczyć naukowe podstawy funkcjonowania czarnej dziury celem dramatycznego rozwoju akcji całkowicie działaniu czarnej dziury przeczącemu. Więcej nie napiszę, bo byłby to zbyt mocny spoiler dla tych, którzy filmu nie widzieli. Nie mogłem uwierzyć, że Nolan popełnił taki błąd, a skoro już dopuścił się czegoś tak nonsensownego, to po jakie licho cała ta zabawa z naukowym odwzorowywaniem czarnej dziury? Zwykły marketing? Facet tworzył porażający domek z kart, by nagle niczym kapryśny dzieciak wyciągnąć dla zabawy kartę z najniższego poziomu - dla mnie w tym momencie (a takich ich więcej) cała konstrukcja spektakularnie się wali.

Ale już mniejsza z tym, bo o ile w takim filmie mogę przymknąć oko na takie niezabronione fantazje reżysera (po to jest to "fiction"), to jest coś co bardziej mnie rozdrażniło i jeśli to coś występuje w nadmiarze, to na dobry początek ocena całościowa leci o 3-4 punkty w dół. Tyle przed miesiącem pisałem o obawach chcąc uniknąć spotkania z filmem próbującym przegonić pod względem pretensjonalności największego patos-gniota gatunku "Armageddon". Mam wrażenie, że ekipa Nolana to przeczytała i postanowiła takich jak ja wpienić. No, chyba, że okaże się, że jestem sam, który wyszedł z kina pod tym względem zniesmaczony... Do czego więc dochodzimy?

Do jednego z największych minusów: dialogi - ich jakość i ilość. Mam wrażenie, że Nolanowie wepchnęli na siłę tyle pompatycznych wypowiedzi bohaterów, by przeciętny widz od razu stwierdził - "ależ to ambitne, jakież to głębokie". Przez większą część seansu główne postaci próbują brzmieć jak jakaś wyrocznia, którą od dziś każdy ma pamiętać i cytować przy nadarzającej się okazji. To jedyna właściwa dziś forma dla największego grona odbiorców, jak to się zwykło mawiać, całego tego mainstreamu - trzeba coś (tu akurat było o wiele więcej niż "coś") powiedzieć, zacytować, by trafiło to do widza i by widz ten bez dłuższego namysłu stwierdził, że ma do czynienia z filmem głębokim jak Rów Mariański. Warto jednak pamiętać, że geniusz Kubrick nie potrzebował prawie żadnych dialogów i żadnych podniosłych wypowiedzi bohaterów w swoim opus magnum twórczości, by dać widzowi o wiele więcej do myślenia i stworzyć jedno z najważniejszych dzieł od czasu wynalezienia kinematografu - tyle, że Odyseję trzeba oglądać także swoją duszą, myślami i zmysłami przekraczającymi sam słuch pozwalający w czasie projekcji "Interstellar" chłonąć widzom tzw. głębokie myśli załogantów misji Endurance.

Skoro jednak po częstokroć to działa, to nie ma co się dziwić, że w produkcji tej Nolanowie usilnie starali się wepchnąć tyle pretensjonalnych i podniosłych dialogów ile tylko będzie możliwe. Jeśli widz waha się czy ma do czynienia z czymś ambitnym, zawalmy go stekiem takich pomp-wypowiedzi, rzućmy w międzyczasie parę fachowych określeń, cytujmy w kółko Dylona Thomasa, a odbiorca sam stwierdzi, że film wypłynął na głębię.

Nie spodziewałem się w tej produkcji takiego schematycznego rozpisania portretów głównych postaci. Liczyłem, że będą bardziej wielowymiarowe, złożone. Że pobiją portrety głównych bohaterów "Grawitacji", co akurat nie powinno być trudne. Tymczasem okazuje się, że proste sylwetki postaci napisane przez Cuaróna i jego syna miały o niebo więcej lekkości i uczciwości w czasie odgrywania przez aktorów, niż te w produkcji Nolana. Ani Ryan Stone odegrana przez Sandrę Bullock, ani Matt "George Clooney" Kowalski nie próbowali sypać dialogami, jakie można by przypisać z automatu do głębokich, czego nie traktuję akurat za wadę, bo niekoniecznie w tym musi tkwić siła przekazu, z resztą z tamtej produkcji twórcy nie planowali robić na siłę Odysei kosmicznej XXI wieku. A jednak tamci osiągnęli znacznie więcej, niż można było przypuszczać po zwiastunie sugerującym typowy akcyjniak.

Tutaj zaś takimi wielkimi słowami sypią nie jeden, ale wszyscy bohaterowie przez bite 3 godziny. O ile do około pierwszej godziny mnie to nie drażniło, choć lampka ostrzegawcza już się włączyła, o tyle kolejne dwie przyniosły już nadmiar przekraczający mój próg wytrzymałości, co było jedną z moich największych obaw. Drewno i figury woskowe, z których McConaughey jeszcze się broni, ale reszta, zwłaszcza Hathaway i Bentley to plastik. Głowa ma prawo rozboleć, tabletka na wstrzymanie refluksu raczej wskazana. Tak jak nie nastawiałem się na to, by realizatorsko film ten przewyższył dokonanie Cuaróna, tak jednak nie sądziłem, że nawet w kwestii rozpisania bohaterów będzie to produkcja słabsza i bardziej sztuczna. O ile Nolan może miał pomysł na film, tak kompletnie powinien powierzyć komuś innemu napisanie scenariusza i dialogów.

Przykład: McConaughey, przed upływem pierwszej godziny filmu, w pierwszej emocjonalnej scenie tuż przed rozpoczęciem misji, zagrał naprawdę przekonująco uwalniając z siebie emocje w sposób doskonały i godny świeżo upieczonego zdobywcy Oscara - wzruszył mnie na tyle, by udało mi się nawet uronić jedną, dwie łzy. Ale jak to, do jasnej anielki, się dzieje, że w pewnym momencie, już od kolejnej emocjonalnej sceny (po drodze do niej worek pomp-dialogów), wzruszenie zaczyna się zmieniać w irytację, a jeszcze później w zażenowanie? Widz nie jest w stanie z minuty na minutę zmienić swojego charakteru: jeśli coś, co w pierwszym momencie szczerze mnie wzruszyło, a przez pozostałe dwie godziny wywoływało uśmiech politowania i kręcenie głową, to znaczy, że twórcy musieli się gdzieś po drodze zdrowo pieprznąć. Naprawdę trudno mi rościć sobie pretensje do McConaughey'a z powodu tych tanich zagrywek, skoro to Nolanowie wepchnęli w jego i inne postaci takie kiczowate wypowiedzi i obowiązek ciągłego zalewania się łzami. Michaela Caine'a pozwolę sobie właściwie pominąć - aktora, który etatowo gra u Nolana notorycznie tę samą postać na jedno kopyto, po prostu mi szkoda, zwłaszcza gdy wspomnę sobie jego wiele dawniejsze role.

Dzieło wybitne, film monumentalny, najambitniejszy w dziedzinie science fiction (epicki nie napiszę, bo drażni mnie już bezmyślne nadużywanie tego słowa w coraz szerszym kontekście) - na takie określenia "Interstellar" niestety u mnie nie zapracował. Wyszedł świetnie zrealizowany, ale jednak typowy amerykański średniak z postaciami według stale odgrzewanego szablonu. Gdyby Pan Nolan tak nie szarżował, nie byłoby problemu. Można stworzyć film opierający się na teorii naukowej, starający się być od początku do końca zdecydowanie bardziej science niż fiction i iść tym klimatem od początku do końca produkcji, a można też darować sobie takie wyżyny, zrobić totalny bełkot masakrujący naukę (patrz wspomniane dzieło Baya) i jednocześnie skupić się na emocjach, by na sali kinowej było słychać tylko ciche szlochanie ze strony wzruszonych widzów. Nolan w "Interstellar" stworzył połączenie takich dwóch koncepcji, z których ta melodramatyczna znokautowała pod względem zawartości koncepcję surowego sci-fi, co w efekcie dało iście wybuchową mieszankę, której niestety nie kupuję.

Dodatkowo, zasada "deus ex machina" jako rozwiązanie Nolana na wszystkie wątki jest tu nad wyraz obecna, niechlujstwo scenariusza jest zbyt duże. Cooper, ex inżynier NASA od lat niezwiązany z aeronautyką - pierwszy lepszy ziutek z ulicy jest wybierany do takiej misji jako jedyny możliwy zbawiciel świata. Podstawowy wątek będący przyczyną wysłania misji statku Endurance do innej galaktyki potraktowany dla mnie został w zbyt dużym skrócie - nie zdążyłem nawet się przejąć nadchodzącym kresem ludzkości. Wiele wątków jest traktowanych na tyle wybiórczo, że nie odczułem uzasadnienia ich umiejscowienia we filmie, w gruncie rzeczy zwiększają one tylko ogólny bełkot. Nolan upakował tam tyle najróżniejszych motywów, w tylu i tak często zmieniających się miejscach akcji, ile spokojnie wystarczyłoby na jeden sezon jakiegoś serialu. Taki zabieg w blisko trzygodzinnym filmie nie miał prawa się udać. I jeszcze te rozstrzygnięcia akcji w połowie filmu, w której od profesora Branda (granego przez Michaela Caine'a) dowiadujemy się na dobrą sprawę co będzie dalej z bohaterami, przez co cała reszta seansu była dla mnie pozbawiona JAKICHKOLWIEK emocji dotyczących niepewności rozwoju wydarzeń. Od połowy filmu "Interstellar" z powodu tak kiepskiego rozpisania scenariusza stał się filmem, który zacząłem oglądać bez większego zaangażowania, po prostu starając się delektować zdjęciami i muzyką. Nolan chyba po raz pierwszy rzucił widzowi na talerzu co się będzie dziać w dalszej części filmu, by nie trzeba zbyt wiele myśleć i gryźć paznokci chłonąc przez resztę seansu tę patetyczną melodramę.





Reżyser często nawiązuje do klasyków gatunku, a z tym największym, "2001: Odyseją kosmiczną" Stanleya Kubricka jawnie wchodzi na ring. W pewnym momencie, mniej więcej 25 minut przed końcem seansu, Nolan zapragnął stworzyć coś na kształt Mistrza. Kto widział "Odyseję..." ten wie, jak wyglądało w niej ostatnich kilkanaście minut. Uwaga, trzy linijki z MOCNYM SPOILEREM: Zamiast śmierci głównego bohatera w wyniku przekroczenia horyzontu zdarzeń, to tu dostajemy już do końca filmu takie pomieszanie z poplątaniem, przy którym Incpecja może się schować: część filmu kompletnie zbędna - w momencie wpadania Coopera w czarną dziurę obraz mógłby się zakończyć. Nolan utknął w tak pięknie dopracowanej pod względem wyglądu czarnej dziurze, potwierdzając, że lubi odwalić szopkę do przesady - ciekawe tylko, czy znajdzie on kiedyś sposób, by się z tej czarnej dziury wydostać.

Także jeśli Nolana, którego po udanej niemal całej pierwszej godzinie, należy sprać za zmarnowanie potencjału takiego filmu przez zaserwowanie ckliwości i banału w ilości czyniącej z "Interstellar" bardziej melodramat niż sci-fi, na które od roku się napalałem, ilości właściwie nie wiele mniejszej niż w niedoścignionym patos-gniocie "Armageddon", to Zimmerowi, którego bardzo się obawiałem mogę bić uczciwie brawo (a jednak zrobił mnie w konia i musiał wkurzyć - czytaj uzupełnienie z 10.01 na końcu tekstu). O stronę realizacyjną byłem spokojny i się nie zawiodłem - technicznie film stoi na naprawdę wysokim poziomie. Starałem się wyciągnąć jak najwięcej plusów z tego filmu, nie zapominając też o tym, co mnie drażniło. Wychodząc po przedpremierowym seansie "Grawitacji" jednymi z moich pierwszych odczuć było takie, że muszę zobaczyć to w kinie jeszcze co najmniej raz. Tym razem wiele brakowało, bym z kina wyszedł tak rozanielony jak przed rokiem, mimo to ze względu na technologię wykorzystaną przy produkcji, scenerię i efekty specjalne i dźwiękowe, trudno mi sobie wyobrazić pierwsze spotkanie z tym filmem w warunkach innych, niż sala kinowa. Podobnie jak w filmie Cuaróna, tak i w "Interstellar" za stronę realizatorską, przede wszystkim wizualno-dźwiękową, jestem zmuszony wystawić wysoką notę 9/10. Czepiać się strony technicznej tego filmu po prostu nie można. Nie daję tego jednego punkcika do całości tylko dlatego, że nie zostałem wyrwany z fotela w samo centrum akcji, jak przy perfekcyjnym trójwymiarze "Grawitacji", dzięki któremu mój błędnik naprawdę zaczynał świrować.

Za całą resztę, ocenę w ujęciu całościowym - masz Panie Nolan 6/10. Nie czuję zmarnowania trzech godzin, bo cenię otrzymaną ucztę dla oczu i uszu, ale wymienione minusy nie są w stanie przekonać mnie do wyższej noty. Przy całej tej mieszance, jaką twórcy odwalili i tak uważam ocenę za całkiem wysoką, nie ukrywam z resztą też, że to także z powodu zawiedzionych oczekiwań. Napalać się przez rok na twarde sci-fi, reklamowane jako od a do z oparte na teorii naukowej, a dostać patetyczny melodramat gdzie sci-fi robi za tło - to jeszcze do mnie chyba nie dotarło. Na szczęście na półce obok mnie stoi pudełko z Odyseją Kubricka, na które w momencie pisania tego zdania właśnie spoglądam, a którą chyba sobie jutro po raz n-ty odpalę na poprawę nastroju, bo na wznowienie seansu odrestaurowanej wersji w pobliskim kinie w listopadzie pewnie liczyć nie mogę.



Uzupełnienie 10.01.2015: Ten niemiecki plagiator muzyki znów się dopuścił tego, o czym pisałem w październiku! Tym razem upatrzył sobie film "Koyaanisquatsi" - link do odsłuchania. A tak mi się ta muzyka podobała w kinie (i nadal podoba). Hans, dlaczego?! Niestety w tej sytuacji o ile szansę na nominacje do Oscara podtrzymuję, o tyle o statuetce można już zapomnieć. Czyli wychodzi, że realnie można spodziewać się zaledwie jednego Złotego Rycerzyka - w dziedzinie efektów specjalnych, choć nominacji bez wątpienia będzie więcej.

Bądź na bieżąco ze zjawiskami astronomicznymi i zapleczem amatora astronomii - dołącz do stałych czytelników bloga na Facebooku.
Aktywność na blogu możesz też śledzić poprzez GooglePlus.

Zdjęcia: Warner Bros. Pictures

19 komentarzy:

  1. Mnie absolutnie nie drażniły te pompatyczne dialogi i sceny pełne uniesienia. Patos był według mnie wpisany w wizję reżysera i być tam musiał. W ogóle nie porównywałbym patosu Nolana z patosem z filmu "Armageddon". Tutaj była powaga w którą uwierzyłem. Tam była kolorowa pocztówka z napisem "WZRUSZAJĄCA SCENA". Nolan darował sobie sceny z rykiem i wrzaskiem aktorów. Zrobił to ze smakiem i choć poruszał się na cienkiej granicy, nie przekroczył jej. Do aspektu czarnej dziury, w ogóle się nie odnoszę. Tak jak napisałem u siebie, odpuściłem sobie zrozumienie naukowej otoczki :) Zdecydowanie podeszliśmy inaczej do seansu. Zgadzam się jednak że sci-fi było tłem. Nolan chciał pokazania dramatu wyborów, emocji związanych z rozłąką. Według mnie cel osiągnął. Pozostaję przy swoim 8/10 :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, co mnie najbardziej teraz napawa uśmiechem? To jest po prostu chyba ironia losu. Dziś rano, pamiętając Twój komentarz pod wpisem o oczekiwaniach przed premierą sprzed miesiąca postanowiłem przeczytać Twoją recenzję, napalić się i... za moment dostać to, czego się obawiałem najbardziej :-D Czasem trzeba się zawieść, mówi się trudno, nie traktuję tego w żaden sposób jako "porażki". Oczywiście nie neguję ocen innych, każdy ma inne oczekiwania i każdy odbiera filmy na swój sposób. Ja nie wiem czemu, mam alergię (może uleczalną a może nie) na nadmiar patosu i tekstów, które dominowały w tym filmie. Strasznie się irytuję kiedy jakiś reżyser próbuje mnie zbyt często wzruszać w ten sposób, a tu nastawiając się na sci-fi w ogóle nie miałem chęci bycia częstowanym na siłę wzruszeniami. Zaczynam powoli czytać recenzje na innych portalach, widzę że film bardzo mocno dzieli widzów. Pozdo :-)

      Usuń
  2. Ja byłem przedwczoraj, zastanawiałem się czy coś skrobniesz ;) Wiele
    odczuć w Twojej recenzji pokrywa się moimi, ale z oceną ogólną absolutnie się nie zgadzam - przy tym
    banale w którym reżyser się utopił i próbował utopić mnie i stosując cały ten tani szantażyk emocjonalny ukrywany przez całe miesiące pod płaszczykiem kina ści-fi 6/10 to dużo za
    dużo. Byłem ze swoją sympatią, sala mniej więcej do połowy pełna i w
    chwilach gdy miało być poważnie -gdzieś od około 1/3 filmu, na sali
    pojawiały się odgłosy które są raczej wyznacznikiem dobrej komedii, w tym od mojej która wzrusza się na prawdę łatwo.Są rzeczy za
    które dałbym 10, a są takie które zasługują na pałę bez taryfy ulgowej. Ode
    mnie 4 punkty w porywach dobrego nastroju po tak hucznie reklamowanym filmie scifi który w istocie sf traktuje jako tło do łzawej historyjki. Oczekując na film przez kluczowy pryzmat czyli dostarczane co pewien czas zwiastuny srogo się zawiodłem. Strony naukowej nie ma sensu komentować, realizm ogranicza się do symulacji czarnej dziury, z dylatacjami czasu to reżyser już totalnie się zapomniał. Papka gorsza niż w kanałach typu Discovery które od dawna schodzą na psy:(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiedzmy, że to 6/10 jest z lekka naciągnięte ;-) Ja tymi kwestiami jak dylatacja czasu, grawitacja na planecie Miller, w ogóle jej istnienie w tak bliskim towarzystwie masywnej czarnej dziury, dzień tam panujący i innymi kwiatkami już nie miałem siły ani ochoty się martwić, po prostu zacząłem to oglądać z przymusu już nie jako sci-fi ale jako melodramat w kosmosie i tyle. Pozdr

      Usuń
  3. Czytam Twoją recenzję i normalnie jakbym czytał swoje własne przemyślenia! Pozwolę sobie dodać swoją mini-reckę niżej (a w zasadzie link do niej, bo jej treść się tu nie zmieści):
    http://www.filmweb.pl/film/Interstellar-2014-375629/discussion/Rok+oczekiwania%2C+emocje...+i+takie+rozczarowanie,2538153

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawy tekst, dzięki za link :-) Gratuluję odwagi napisania czegoś takiego na portalu, gdzie dyskusje rzadko kiedy są wolne od pyskówek i rynsztoku, zwłaszcza gdy napisze się coś odmiennego od opinii większości. Dużo zgniłych smaczków upakowali w filmie twórcy, niestety. Ale nawet to mi tak nie przeszkadzało jak ten jeden wielki przesyt ckliwości i patosu. Pozdro

      Usuń
  4. Wygląda na to, że nie tylko ty miałeś większe oczekiwania niż dał film: http://weglowy.blogspot.com/2014/11/interstellar-nie-taki-naukowy-jak.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No proszę. Dzięki Kuba za link. Więc jednak nie byłem sam, który wyszedł z filmu bez humoru z powodu otrzymania łzawej historyjki ocierającej się tylko o s-f... Dobrze wiedzieć.

      Usuń
  5. Dzięki za recenzję! Już wiem, że nie pójdę! Patos w stylu amerykańskim jest dla mnie nie do przyjęcia. Nie poświęcę trzech godzin na wkurzanie się, że robi się ze mnie balona ;-)))
    Też chciałam fajne, naukowe s-f!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Osobom lubiącym lekkie s-f wzbogacone w amerykańskim stylu wielką dawką melodramatu i zalewających się łzami aktorów pewnie się spodoba. Ale dla miłośników Odysei Kubricka będzie to kiczowata historyjka pozująca na ambitną i naukową, z naciskiem na pozująca. Nie zniechęcam, ale znając już film wiem, że ten jeden seans zdecydowanie mi wystarczy... ;-)

      Usuń
    2. Po pierwsze. Musicie ogarnąć kinową skalę patosu. Naprawdę w historii kina poprzeczkę zawieszano już kurewsko wysoko jeżeli chodzi o ckliwość. Zarzucając tutaj patos i pompatyczność, musicie cofnąć się pamięcią do innych tytułów, niekoniecznie s-f. Kino wojenne, dramaty, s-f. Powtarzam, Nolan zrobił to ze smakiem.

      "miłość pokona czas i przestrzeń" - Potrafię się wczuć w sytuację gdy apokalipsa jest za drzwiami i rzuca się takie zdania. No bo co innego pozostaje. Porównując tę sytuację do na przykład takiej osoby chorej na coś nieuleczalnego. Ile jest przykładów gdy obserwuje się przykłady zachowania zupełnie irracjonalnego. Kurde gdybym ja był w takiej sytuacji i nie pomogłoby już NIC, to nawet o tej miłości co pokona przestrzeń bym gadał. Do czarownika we Władywostoku bym pojechał. Tyle w temacie :)

      Jednak... Potrafię też wyobrazić sobie Twoje i Wasze wymagania jako odpowiednio właściciela i czytelników bloga tematycznego nawiązującego do astronomii. Jeżeli bym zobaczył film dotyczącej swojej branży, też bym pewnie narzekał :)

      Ja zostaje przy swoim 8/10. Za opowieść, emocje i magię kina. Pozdrawiam :)

      Usuń
  6. Witajcie. Byłem dzisiaj w kinie i cieszę się, że mam to już za sobą. Nastawiwszy się na s-f i słynne hasło reklamowe że film oparty na teorii naukowej fizyka z Caltech, teraz mam ochotę wylecieć do USA, umówić się na spotkanie z Nolanem i dać mu po kopniaka.CO ON ZROBIŁ?! Znośnie było dla mnie do około 30 minut jak posadzili tego drona na polu. Potem się zaczęło. Przygotowania do misji i powołanie dowódcy to raczej coś w stylu parodii kina s-f., dialogi dowódcy i innych na statku po wylocie w kosmos, wyznanie profesora na łożu śmierci, miłość pokonująca czas i przestrzeń, miłość będąca rozwiązaniem w czasie pobytu w czarnej dziurze- albo coś ze mną nie tak albo ze scen które miały poruszyć zrobiono komedię :D Ostatnia sekwencja filmu i do bólu ckliwa końcówka to znowu chyba autoparodia tego reżysera. Film zdecydowanie na jeden raz, Nolan po TDKR ponownie przynosi totalny zawód.Jestem wściekły, mimo że starałem się na chłodno czekać ostatnie tygodnie.Dostałem dobrą muzykę, KILKA zaledwie krótkich ujęć kosmosu, naukowców którzy łopatologicznie tłumaczą sobie rzeczy jakie powinni mieć w małym paluszku i ładną czarną dziurę która choć odwzorowana ładnie to zachowująca się bardzo po amerykańsku;) Czuję się zrobiony w konia przez twórców filmu. Jak dla mnie 4/10, chyba że porzucamy s-f i oceniamy jako absurdalny melodramat, wtedy 9/10!. Najkrócej rzecz ujmując- rozczarowanie roku :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To fakt, niestety to "KILKA" ujęć Kosmosu rzeczywiście trzeba zaakcentować - tu znowu widać jak scenariusz szoruje o dno i wodorosty. Gdyby było więcej ujęć przestrzeni kosmicznej a nie te 5-10 minut łącznie, to może nawet ta cała ckliwość nie byłaby tak odczuwalna, ale nie - zamiast tego lepiej cały czas pokazywać wnętrze statku i samych bohaterów z których każdy robi z siebie Paulo Coelho. Przy takiej tematyce naprawdę było w cholerę potencjału do wykorzystania, potencjału, który został potwornie zmarnowany.

      Usuń
  7. Brawo, rok po roku trafiłeś z typami oscarowymi do tego co recenzowałeś :) Przyznam, że podchodziłem do Interstellar bardziej sceptycznie niż Ty bo przewidywałem że statuetkę za efekty zgarnie Ewolucja Planety Małp. Ale nie czuję się zawiedziony, i tak mi to nie robi różnicy a i niech Interstellar cieszy się że ma coś na osłodę, choć sam tego lukru wylewa na widza dużo za dużo. Pzdr

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To się powtórzę jak przed rokiem, że wolałbym tak typować liczby w Lotto zamiast nominacji/statuetek Oscarów :-) Jak już pisałem z innymi czytelnikami obok na Facebooku, nowe "planety małp" to nie moje klimaty, no ale może kiedyś się skuszę. A efekty w Interstellar - od początku mi się podobały, zwłaszcza wiedząc jak je stworzono i na ten moment (nie widziałem wszystkich kontrkandydatów) Oscara uważam za zasłużonego. Ale za inne aspekty to już jedynie Złote Maliny bym sypnął. Pozdr ;-)

      Usuń
  8. Nie działa link do Koyaanisquatsi, jednakże gdy sam go trochę słuchałem, to zauważyłem, że te soundtracki są do siebie podobne, ale czy aż plagiat? Nie sądzę. Jeśli możesz, zapodaj link do jakiegoś konkretnego utworu Philipa Glassa, który jest rzekomo identyczny do Interstellara.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki, link przestał istnieć, już poprawiłem na sprawny.

      A czy "aż" plagiat? Jak kto woli możemy to nazwać co najmniej zbyt poważną inspiracją "Koyaanisquatsi" by myśleć o najważniejszej nagrodzie, ale utwór nie musi być przecież identyczny co do jednej nuty aby był plagiatem (nic o identyczności nie pisałem). Takie wnioski wysnuwam po prostu śledząc od lat nominacje Akademii i konkretne soundtracki - przegrane lub wygrane. A pan Zimmer nie pierwszy raz został pominięty i nie pierwszy raz jakby na własne życzenie za zbyt głębokie naśladownictwo wcześniejszych tytułów, czasem nawet swoich - patrz "Incepcja" i utwór "Time", którym się niektórzy zachwycają, a który jest jego zwykłym autoplagiatem jakiego dokonał na sobie przerabiając świetny soundtrack "Cienkiej czerwonej linii".

      Wiadomo, że Oscara można dostać za muzykę własną, oryginalną. Muzyka w "Interstellar" uważam za bardzo dobrą od samego początku, w filmie zadziałała jak najbardziej prawidłowo, ale po odsłuchaniu motywu głównego z "Koyaanisquatsi" z minuty na minutę przestałem typować tu Oscara.

      Niestety kategoria oscarowa brzmi "najlepsza muzyka oryginalna" przez co soundtrack z "Interstellar" w sposób oczywisty musiał odpaść w przedbiegach. Tak sobie myślę, może gdyby tylko jeden konkretny utwór był wygrywany na podmienioną melodię z "Koyaanisquatsi" to nie byłoby takiego problemu, np. na samych napisach końcowych, ale ten główny organowy motyw będący przerobieniem muzyki Glassa jaki Zimmer zrobił na potrzeby "Interstellar" jest słyszalny we większości soundtracku i samego filmu, a to już zdecydowanie musiało być dla Akademii mocno przesadzoną "inspiracją".

      Motyw główny w Interstellar (pojawiający się we większości utworów ścieżki, mniej lub bardziej wyraźnie). Motyw z Koyaanisquatsi czy ten - nie dość, że podobne nuty, to jeszcze ta sama instrumentacja. Zwał to jak zwał, ale oryginalne to to nie było przez co brak Oscara jest dla mnie zrozumiały.

      Usuń
    2. Cóż, z tą identycznością to przesadziłem, ale jednak dla mnie motyw z Interstellar jest bardziej inspiracją czy nawet (być może nieświadomym) podobieństwem motywu z Koyaanisquatsi niż plagiatem (ale to moje zdanie, często ciężko określić dokładnie co to plagiat a co nie ;)). Myślę, że myślenie o motywie Zimmera jako plagiacie potęguje właśnie użycie tych organów. Możliwe, że Akademia odrzuciła Interstellar, ale być może po prostu wygrał głosami Grand Budapest Hotel (tego się nie dowiemy). Jednakże wciąż uważam muzykę do Interstellara za bardzo ciekawy soundtrack, również za motywy takie jak No Time For Caution czy początek Day One i za ogólną ,,transcendentność i kosmiczność'' :D.

      Co do autoplagiatów Zimmera czy też wzorowaniu się na poprzednich pracach to się oczywiście zgodzę (chociaż dla mnie ,,Time'' to utwór zbudowany na tej samej ,,kilkonutowej'' zasadzie co ,,Journey to the Line'', ale jednak nie taki sam) , trzeba jednak pamiętać, że praca kompozytora muzyki filmowej jest trudna, nieraz tacy kompozytorzy pracują nad kilkoma soundtrackami jednocześnie, a wtedy bardzo łatwo o plagiat (biorąc pod uwagę, że ich dyskografie często obejmują setki ścieżek dźwiękowych). Pan Zimmer jednak trochę przesadza, widać u niego więcej podobieństw czy plagiatów niż u innych kompozytorów muzyki filmowej, cenię go jednak głównie za umiejętność dobrego budowania atmosfery, klimatu i często dobre połączenie elektroniki z symfoniką.

      Takie moje zdanie na ten temat, jeśli masz jeszcze coś do dodania to chętnie poprowadzę dyskusję dalej :)

      Usuń
    3. Zgadzam się co do muzyki w "Interstellar", od początku uważałem ją za zaletę filmu i nadal tak uważam, mimo wspomnianych kwestii z poprzedniego komentarza ale po odsłuchaniu "Koyaanisquatsi" od razu jakaś lampeczka alarmowa w głowie mi się zaświeciła i przestałem go traktować jako kandydata do Oscara. Jasna sprawa, że komponowanie do filmu to poważne zadanie, czy że każdy ma tam jakiś swój styl, po którym łatwo rozpoznać autora muzyki (np. Williamsa), ale jednak Zimmer oryginalnością nie popisuje się już jak dawniej - choć jego utwory przyjemne dla ucha pozostają.

      Słuszności przyznania Oscara za muzykę dla "Grand Budapest Hotel nie neguję, muzyka istotnie ocieka pomysłowością, chociaż przyznam, że wśród tytułów z ostatniej gali najbardziej zaskoczyłem się jak doskonale może zadziałać minimalistyczny soundtrack - na przykładzie mojego ulubionego za zeszły rok "Birdmana", który nie był w ogóle nominowany, a który znakomicie podkreślał ton pokazywanej akcji czy odczucia tytułowego bohatera. W kinie w ogóle dało to świetny efekt i jako muzyka do filmu było to strzałem w 10-tkę, choć poza filmem jej odbiór nie jest już taki łatwy.

      Pozdr :-)

      Usuń

Zainteresował Ciebie wpis? Masz własne spostrzeżenia? Chcesz dołączyć do dyskusji lub rozpocząć nową? Śmiało! :-)
Jak możesz zostawić komentarz? - Instrukcja
Pamiętaj o Polityce komentarzy

W komentarzach możesz stosować podstawowe tagi HTML w znacznikach <> jak b, i, a href="link"