sobota, 10 października 2015

Marsjanin (2015) - astronomiczna recenzja filmu Ridleya Scotta

Blisko rok po polskiej premierze powieści science fiction Andy'ego Weira "Marsjanin" doczekaliśmy się wejścia do kin jej ekranizacji w reżyserii Ridleya Scotta. Trzeci rok z rzędu w ostatnim kwartale dostajemy produkcję związaną tematycznie z tym blogiem, a dzisiejszym tekstem spróbuję przedstawić swoje subiektywne odczucia po filmie nie tyle zachęcając Was lub odstraszając od seansu - bo zawsze zachęcam do niego tak czy inaczej aby każdy mógł sobie wyrobić własną ocenę, ale jak zwykle by wyrazić swoją opinię co do filmu dziejącego się w środowisku, które jest obiektem naszych amatorskich obserwacji w ramach łączącej nas pasji. Filmu, który był zdecydowanie najbardziej wyczekiwanym przeze mnie tytułem z tegorocznych premier. Czy się zawiodłem, czy uradowałem - wpis ten z pewnością Wam to pokaże. W recenzji także rozdział poświęcony realizmowi i kilku błędom w filmowej wersji "Marsjanina".

1. Recenzja - część 1.
2. Błędy i uproszczenia w filmie.
3. Recenzja - część 2 i podsumowanie.



Dwa ogłoszenia parafialne na początek: recenzja zawiera spoilery zdradzające elementy fabuły filmu. Spoilery te są jednak zawarte wyłącznie w drugim rozdziale, w związku z czym nawet jeśli nie czytaliście książki i nie chcecie psuć sobie seansu kinowego dowiadując się o "Marsjaninie" o jedną rzecz za wiele, możecie czytać tę recenzję bez obaw - pamiętajcie jedynie o ominięciu drugiego rozdziału.
Z kolei osoby zabierające głos w dyskusji po seansie proszę o unikanie spoilerów lub wyraźne ostrzeganie, że chcecie go w komentarzu zamieścić - szanujmy pozostałych czytelników, którzy książki nie znają, filmu nie oglądali, a którzy nie chcą znać elementów kluczowych dla fabuły. Wypowiedzi z nieoznaczonymi spoilerami niestety będą wylatywać do czarnej dziury bez względu na ich objętość.

1. Recenzja - część 1.


W równo dwa lata po tym, jak do kin trafiła opowieść o astronautce zdanej tylko na siebie w wyniku splotu nieszczęśliwych wydarzeń podczas realizacji misji kosmicznej, możemy obejrzeć film o... astronaucie zdanym tylko na siebie w wyniku splotu nieszczęśliwych wydarzeń podczas realizacji misji kosmicznej.

Mark Watney znakomicie odegrany przez Matta Damona, tytułowy Marsjanin, to jeden z członków załogi marsjańskiej misji Ares 3, która miała dokonać badań planety. Podczas nadejścia ogromnej burzy piaskowej, załoga podejmuje decyzję o przerwaniu misji i ewakuacji z Marsa, jednak gdy ta ewakuacja jest podejmowana, Watney zostaje uderzony przez jeden z odłamków i porwany przez wiatr, co załoga szybko uznaje za jego pewną śmierć i ucieka z Marsa. Gdy astronautów dzieli już znaczna odległość od Czerwonej Planety i gdy nie można dokonać już powrotu, NASA odbiera od Watneya komunikat, że ten żyje i ma się jeszcze nieźle. Bohater staje się istnym Robinsonem Crusoe na jałowej marsjańskiej pustyni, który mając do dyspozycji zniszczony Habitat i nieco sprzętu pozostawionego przez załogę rozpoczyna walkę o utrzymanie się przy życiu. Pomagać będą mu w tym jego silna wola życia, wiedza i umiejętności typowe dla astronauty-botanika w tak ważnej misji, muzyka disco, poczucie humoru, a nawet jego własne gó... ekskrementy. Ale ile można tak pociągnąć?
Fot. Twentieth Century Fox Film Corporation

Odkąd przeczytałem książkę Andy'ego Weira zastanawiałem się w jakim wydaniu Ridley Scott będzie w stanie przenieść ją na ekran. Bo lektura - choć jest doskonałym materiałem na ekranizację, jest jednocześnie zbyt obfita i rozbudowana aby dobrze wyglądała w tak krótkim - 140 minutowym filmie. To nie żart - 140 minut w tym napisy końcowe dla tak obfitej w istotną z punktu widzenia realizmu treść, to bardzo niewiele. Jeśli film miałby być 100-procentową kopią powieści, wyszedłby z tego przegadany, prawie fabularyzowany dokument i nuda dla typowego odbiorcy. Gdyby wyciąć mnóstwo strony naukowej, którą powieść ocieka, byłaby groźba powstania zwykłego hollywodzkiego filmu, typowego średniaka niczym nie wyróżniającego się z tłumu i biorącego nie po raz pierwszy na celownik temat Czerwonej Planety. Co ostatecznie wyszło?

Scott jeszcze przed rozpoczęciem produkcji filmu ogłaszał wszem i wobec, że będzie dążył do wiernego trzymania się powieści, a aby było to możliwe nie tylko jej autor, ale i wielu specjalistów z NASA, także z marsjańskich programów, brało udział przy powstawaniu filmu. Ku mojej uciesze - i pewnie wielu z Was - pan Scott dotrzymał słowa i powrócił z mocnym przytupem.

"Marsjanin" wyłamuje się z kanonu kina science-fiction jako ponurego i mrocznego gatunku. Nie cechuje się ani groźną i tajemniczą historią co choćby "Obcy" czy "Prometeusz", ani dusznym i przytłaczającym klimatem co "Grawitacja". Choć podobnie jak w powieści jesteśmy świadkami dramatu osamotnionego w niebezpiecznie kosmicznym środowisku człowieka, film od początku do końca wyróżnia się pozytywnym sposobem przedstawiania historii mocno skręcając w stronę kina przygodowego i oddalając się od standardów, które mogłoby się wydawać, są cechą rozpoznawczą kina science fiction. Czy to dobrze dla widza czy źle - jak zwykle wszystko zależy od upodobań, choć mając na uwadze charakter powieści widać, że Scott usilnie trzymał się w tych względach literackiego pierwowzoru (recenzja w tym wpisie).
Fot. Twentieth Century Fox Film Corporation

O kwestie techniczno-realizacyjne filmu właściwie w ogóle się nie martwiłem. Zdjęcia autorstwa polskiego operatora Dariusza Wolskiego są tu świetnie przemyślane i bardzo dobitnie podkreślają we wielu momentach samotność tytułowej postaci dzięki długim najazdom i szerokiej perspektywie, w której jedyny Marsjanin stanowi - mogłoby się wydawać - bezbronne ziarenko na tle wszechogarniającej go jałowej pustyni. Harry Gregson-Williams mimo, że mało rozpoznawalnym kompozytorem jest, stworzył interesującą ścieżkę dźwiękową, która w kilku momentach była więcej niż dobra, i którą można nazwać w zupełności poprawną dla takiego obrazu. W czerwcu żaliłem się, że Scott nie uśmiechnął się po raz kolejny do Vangelisa, który w takim gatunku zdecydowanie czułby się dobrze, ale skłamałbym pisząc, że Gregson-Williams spierniczył zadanie - główny motyw ścieżki dźwiękowej słyszany już na otwarciu i we wielu późniejszych momentach jest bardzo klimatyczny i przyjemny dla ucha, a i wiele innych utworów nadaje filmowi odpowiedni ton. Ogólnie ścieżka nie jest szczególnie odkrywcza czy tak porywająca co dokonanie Stevena Price'a w "Grawitacji", ale swoje zadanie spełniła w "Marsjaninie" zupełnie nieźle. Do tego sporo utworów disco (czego poniekąd się obawiałem, ale okazało się, że nie słusznie) - takie "Waterloo" ABBY do scen w przestrzeni kosmicznej dało świetne połączenie przy lekkim klimacie filmu, choć tego typu muzyki uświadczmy w filmie znacznie więcej.

Im bliżej końca filmu, tym bardziej odczuwalne i widowiskowe efekty specjalne, choć pod tym względem do "Grawitacji", która wielokrotnie przychodziła mi do głowy podczas seansu, są lata świetlne. Byłem na seansie trójwymiarowym licząc właśnie na jakąś namiastkę filmu Cuaróna i no właśnie - namiastkę dostałem. To dobra wiadomość dla tych z Was, którzy nie przepadają za efektem 3D - jeśli wybierzecie się na seans w normalnym trybie wyświetlania, nie musicie się martwić, że coś tracicie. Już poprzednio pisałem, że jestem średnio przekonany do tego efektu przy tym filmie, bo i w powieści nie znajdywałem zbyt wielu elementów godnych użycia trójwymiaru. W ekranizacji mamy łącznie około 10 minut, które warto zobaczyć w trybie 3D, zwłaszcza podczas scen w przestrzeni kosmicznej czy na statku Hermes, ale jeśli wybierzecie wersję standardową, nie powinniście odczuwać straty z tego powodu. Co kto woli.
Fot. Twentieth Century Fox Film Corporation

Wspomniałem, że tytułowy Watney został świetnie zagrany przez Matta Damona, ale wypada też wspomnieć choćby w paru słowach o reszcie, ponieważ każdy dostaje tu swoje 5 minut, z którego wychodzi bardzo dobrze. Nie wiem ile w tym zasługi Scotta i scenarzysty Drew Goddarda, a ile samej pracy aktorów, ale każda z postaci we filmie wyszła w mojej ocenie bardzo naturalnie, grając lekko i swobodnie jakby każda z tych ról była idealnie do nich dopasowana. Rok temu narzekałem, że większość bohaterów "Interstellar" to nadęte pomniki silące się na wygłaszanie głębokich przemów czy monologów sprawiających wrażenie wyjętych z któregoś odcinka jakiejś latynoskiej telenoweli. Tutaj kompletnie nie widzę tej sztuczności, dialogi (jakże wielka w tym zasługa także autora powieści) są napisane językiem może niezbyt wyszukanym literacko, ale lekkim i przyjemnym w odbiorze, a bohaterowie brzmią jak normalni ludzie, zwłaszcza ten tytułowy "kosmiczny korsarz", z którym łatwo się utożsamiać i kibicować mu po ostanie chwile filmu.

Z tego drugiego planu, którego też nie brakuje we filmie, najlepiej moim zdaniem spisują się Jeff Daniels grający dyrektora misji, który po tytułowym bohaterze jest drugą w kolejności postacią obarczoną koniecznością podejmowania pod silną presją tyle istotnych decyzji, choć w kompletnie odmiennych okolicznościach i jak się okazuje nie zawsze słusznych, a także Chiwetel Ejiofor w roli Vincenta Kapoora. Sean Bean jako dyrektor lotu Hermesa czy Jessica Chastain w roli dowódcy Hermesa - wszyscy zagrali jak najbardziej poprawnie i choć nie widzę szans na te najważniejsze filmowe statuetki, nie zmienia to mojej oceny co do wywiązania się tych aktorów ze swoich ról w przyzwoity sposób, nie wywołujący dodatkowych rozdrażnień u widzów.

No i teraz uwaga, w drugim rozdziale znajdują się spoilery - przewiń stronę lub kliknij tutaj jeśli chcesz przeskoczyć od razu do trzeciego rozdziału.
Fot. Twentieth Century Fox Film Corporation

2. Błędy i uproszczenia, czyli ile realizmu w "Marsjaninie" w Ridleya Scotta

Burza piaskowa na Marsie
No właśnie - taki cios dla realizmu już na samym starcie. Podobnie jak w większości powieści i filmu niezgodności z nauką zbyt wielu nie ma, tak najpoważniejsze odstępstwo od prawdy znajdujemy już na samym początku, który stanowi punkt wyjścia dla całej historii. Co jest nie tak w tym miejscu filmu (powieści zresztą również)? Fakt, że atmosfera marsjańska stanowi zaledwie 1% gęstości atmosfery ziemskiej sprawia, że tak straszliwa i niszczycielska burza piaskowa nie może mieć właściwie miejsca. Nie należy tego odczytywać w ten sposób, że burza sama w sobie jest przekłamaniem bo nie jest - burze piaskowe występują, wiatry marsjańskie występują (nawet w postaci tornad, które zarejestrował swego czasu Spirit i MRO, a które widać we filmie), niejednokrotnie sprawiają, że w teleskopach przestajemy dostrzegać pewne elementy powierzchniowe Marsa (z pewnością pamiętacie takie obserwacje z poprzednich opozycji), bo są one przykryte rozległymi obłokami pyłu od tamtejszych burz, jednak z uwagi na nieporównywalnie większe rozrzedzenie atmosfery Czerwonej Planety błędne jest ukazywanie takiej furii marsjańskiego wiatru sprawiającego całkowitą degrengoladę obozu misji Ares 3 i wzniecanie porywów zabierających jednego z członków z dala od załogi. Wiatry na Marsie potrafią osiągać w porywach po 160 km/godz., jednak z uwagi na bardzo rozrzedzoną atmosferę skutki i efekty takiego wiatru należałoby przyrównać do ziemskich porywów odpowiadających około 16-18 km/godz. Taki wiatr nie jest niszczycielski, nie porywa ludzi. Większym zmartwieniem od prędkości wiatru na Marsie jest pył sam w sobie - jako, że posiada w sobie drobne elektromagnetyczne cząsteczki przytwierdza się do wszystkiego - stąd konieczność codziennego oczyszczania przez Watneya paneli baterii słonecznych, wiernie oddana zarówno w powieści jak i filmie; a także liczne wyładowania elektryczne w takich burzach zachodzące.

To podobny przypadek jak z punktem wyjścia akcji w "Grawitacji" - o ile syndrom Kesslera tak jak burza piaskowa na Marsie nie są fikcją, tak rozwój jednego zjawiska (w filmie Cuaróna) jak i drugiego (u Scotta) jest wybitnie złośliwy dla bohaterów na potrzeby filmu, by była podstawa do prowadzenia dalszej akcji. Historia zaczyna się więc od fałszywego wydarzenia, ale niech będzie. Naprawdę znacznie lepsze to, niż asteroida wielkości Teksasu odkrywana krótko przed uderzeniem w Ziemię, w największym żarcie z kina science fiction i z widza, zdobywcą Złotej Maliny "Armageddonie".

Promieniowanie
Jedno z największych zagrożeń w misjach kosmicznych, zwłaszcza tych długotrwałych i do bardziej odległych miejsc, niż orbita okołoziemska. Zarówno promieniowanie kosmiczne jak i pochodzące z naszej Dziennej Gwiazdy, wymaga na inżynierach i konstruktorach obecnych i planowanych statków kosmicznych szczególnej uwagi przy przy projektowaniu osłon radiacyjnych, stosowanych materiałach, ich wytrzymałości i zdolności ochrony wewnętrznej części statków jak i załogi przed śmiertelnie poważnym zagrożeniem. Sam okres przebywania ludzi na Czerwonej Planecie to przecież nie jedyna część misji - dochodzi jeszcze długi czas podróży załogi w jedną stronę (około 7-9 miesięcy przy dzisiejszych możliwościach i korzystnej konfiguracji Ziemia-Mars) - nie jest to więc z pewnością problem do bagatelizowania. Teraz pytanie - jak to się ma do człowieka, który spędza ponad rok na Czerwonej Planecie, bardzo często poza Habitatem, lecz pod gołym marsjańskim niebem z jedynie skafandrem na sobie?

Jest praktycznie niemożliwe, aby przez tak długi czas bezpośredniego wystawienia na radiację z bohaterem nie działo się nic poważniejszego. Można założyć, że na przełomie lat 20. i 30. tego wieku NASA będzie w stanie stworzyć kombinezony w stylu tego filmowego, które będą pozwalały na tak długie wystawienie astronauty na bezpośrednie promieniowanie, ale w chwili obecnej takie rozwiązanie musimy traktować jeszcze jako fikcję.

Ponowny start z Marsa
Na dzień dzisiejszy NASA nie zna rozwiązania, które mogłoby być całkowicie skuteczne do opuszczenia przez załogę powierzchni Marsa po wykonaniu misji i dalszych czynności związanych z powrotem - na przykład związanych z dokowaniem do statku znajdującego się nieustannie na marsjańskiej orbicie. W filmie, podobnie zresztą jak w powieści, do opuszczenia Czerwonej Planety wykorzystywany jest MAV (Mars Ascent Vehicle), który pobierając metan zawarty w atmosferze, wykorzystuje go w odpowiedni sposób do produkcji paliwa. Statek jest w stanie uzyskać prędkość pozwalającą dotrzeć na orbitę by przycumować do potężnego Hermesa, którym następnie kontynuowana jest podróż powrotna na Ziemię. W tym momencie to niewykonalne, co nie znaczy że nieprawdopodobne w przyszłości, w czasach akcji, w których osadzony jest "Marsjanin". Sama NASA przyznawała wielokrotnie przy okazji promowania powieści jak i produkcji filmu, że kwestia startu z Marsa była i pozostaje jednym z najpoważniejszych problemów do opracowania na przyszłość.

Marsjańska grawitacja
Już przy okazji zwiastunów czepiałem się, że bohaterowie w Habitacie poruszają się tak, jakby cały czas przebywali na Ziemi. O ile niekiedy zwiastun nie przedstawia finalnego efektu we filmie (np. w trailerach "Grawitacji" był dźwięk w próżni podczas wszelkiej rozpierduchy, w filmie już nie), tak tym razem finalnie u Scotta wygląda to tak samo, jak w zwiastunach. Grawitacja na Czerwonej Planecie stanowi około 30% ziemskiej, wobec czego poruszanie się astronautów wyglądałoby w rzeczywistości inaczej, niż przedstawia to film. Można zrozumieć twórców, że chcieli oszczędzić sobie jakąś część pracy i darować sobie tworzenie efektów wizualizujących poprawnie ciążenie na Marsie, a można traktować to jako jeden z bardziej odczuwalnych błędów - jak tam wolicie. Ja akurat jestem tu mocno czepialski, ponieważ miałem dużą nadzieję na wiarygodne zaprezentowanie marsjańskiego ciążenia jako, że po pierwsze żaden film biorący na celownik temat Czerwonej Planety nie pokazał dotąd tego w sposób realistyczny i po takich twórcach można by oczekiwać jednak większego zaangażowania w te kwestię, a dwa - że przy dzisiejszych możliwościach animacji i technik CGI nie stanowi to dla największych speców niewykonalnego zadania. Cuarón potrafił zadbać o to, by "Grawitacja" sprawiała wrażenie kręconej na orbicie, Scottowi nie chciało się już o podobny element na Marsie zadbać - szkoda, liczyłem, że będzie pierwszy.

Słońce z orbity, Słońce z Marsa
Poniekąd to kontynuacja poprzedniego punktu, a konkretnie tego, jak łatwo przyszło twórcom rezygnować z wszelkich elementów strony wizualnej filmu, dzięki którym realizm w ekranizacji "Marsjanina" piąłby się ładnie w górę. Nie wiem czy to świadome niedbalstwo o takie elementy czy nieprzemyślana rezygnacja z nich, wiem natomiast - i tu się powtórzę - że przy budżecie filmu przekraczającym 100 mln dolarów, dla twórców nie powinno być jakimś niewyobrażalnym wydatkiem powierzyć odpowiedniej grupie fachowców by stworzyli możliwie realistyczne plenery, nie tylko powierzchni Czerwonej Planety, ale właśnie i nieba z orbity marsjańskiej, z której Słońce jak zwykle jest... żółte - już na samym otwarciu ekranizacji. Co ciekawe, w późniejszej części filmu zadbano o prawidłowy kolor Słońca z przestrzeni kosmicznej. Można? Można - tylko czemu niekiedy zamiast zawsze?

Akcja ratunkowa w przestrzeni kosmicznej
Końcowa część filmu to sporo akcji dziejącej się w przestrzeni kosmicznej. Tutaj twórcy pozwolili sobie na znaczne odejście od realizmu na rzecz widowiskowości i dramaturgii wydarzeń, przedstawiając operacje w otwartej przestrzeni kosmicznej w sposób kompletnie oderwany od rzeczywistości. Nie wiem na ile misji załogowych mogłaby sobie NASA pozwolić po tym, gdyby niechcący zademonstrowała poruszanie się astronautów bez zapieczeń i przy prędkościach ukazanych w tym filmie, ale z pewnością nie byłoby ich wiele - pomijając fakt, że na coś takiego NASA w ogóle by sobie nie pozwoliła (szybkie poruszanie się astronautów na zewnątrz statku, bez zabezpieczeń i na dodatek pomiędzy obracającymi się częściami Hermesa). Podobnie rzecz się ma ze startem Watneya z Marsa bez górnej części statku celem zmniejszenia jego wagi - jest co najmniej bardzo wątpliwe, by NASA zgodziła się na takie posunięcie. Zilustrowanie procedury przejęcia Watneya przez załogę Hermesa po jego wystartowaniu z Marsa mimo widowiskowości mocno odbiegło od tego, czego można by oczekiwać w rzeczywistości podczas wszelkich prac astronautów w otwartej przestrzeni kosmicznej.

Latać jak Iron-Man
Zdecydowanie jeden z najbardziej rzucających się w oczy błędów, przy którym twórcy zapomnieli już na całego o realizmie (ale ewentualne roszczenia do autora powieści, bo tak to w niej zostało ujęte). Jak wiemy, zarówno w książce jak i filmie, nawet po zmianie kursu Hermesa by ten zbliżył się do Marsa w celu przejęcia Watneya, zbliżenie to nie mogło być wystarczająco duże by jeden z członków załogi na Hermesie zdołał ot tak złapać tytułowego bohatera - z jednej strony problemem stawał się dystans, z drugiej - prędkość podczas przejęcia. Pierwszy kolonizator Marsa postanawia więc wykonać otwór w rękawicy swojego skafandra aby uciekające z niego powietrze zapewniło mu odrzut do "latania niczym Iron Man". Tutaj już fikcja działa na całego, ale żartem o Iron-Manie z powieści przynajmniej Scott zapewnił nam jeszcze nieco uśmiechu na koniec filmu. W rzeczywistości, w przypadku powstania otworu w skafandrze podczas przebywania astronauty w przestrzeni kosmicznej próżnia powinna bardzo szybko "zasysać" rękę astronauty w kierunku otworu. Drobna część ciała załoganta byłaby wówczas narażona na otwartą przestrzeń, ale działanie próżni na tak niewielką powierzchnię ciała nie byłoby ryzykowne nawet na nieco dłuższy czas (bywały już takie przypadki w dawnych spacerach kosmicznych i astronauci z tego powodu nie ucierpieli). Takie uszczelnienie otworu wstrzymałoby jednak uciekanie powietrza ze skafandra i uniemożliwiało powstanie "odrzutu", nie mówiąc już o odrzucie ciągłym na skalę ukazaną w końcowych momentach filmu.

To tak na szybko po seansie co jestem w stanie przywołać apropos jakichś niezgodności z faktami. Podobnie jednak jak przy "Grawitacji" nadmieniam, że są to dla mnie przede wszystkim ciekawostki, a nie argumenty na dyskwalifikowanie produkcji. Tak jak w filmie Cuaróna tak i tutaj to co najbardziej należałoby akcentować to wysoką ilość prawidłowo przedstawionych sytuacji i zachowań, bo oba tytuły mimo dopuszczenia się pewnych odstępstw od realizmu, po prostu ogromną ilość sytuacji przedstawiły jak najbardziej prawidłowo.

Wszystko co zgodne z obecnym stanem wiedzy stanowi w filmie Scotta znacznie większą część od odstępstw, które mogą razić głównie złośliwców dopatrujących się na siłę najmniejszych uproszczeń. Mechanika orbitalna, astrofizyka, zachowanie zgodności co do czasu podróży w jedną czy drugą stronę, sole (dni marsjańskie) i ich znaczenie dla kiełkowania "farmy" Watneya (także opierającej się o realistyczne założenia), komunikowanie się z Ziemią przy pomocy uzdrowionego Pathfindera, koncepcja dmuchanego Habitatu, profil misji, plenery, czy wreszcie sami astronauci rozmawiający jak normalni ludzie szukający rozwiązania problemów, a nie nadęte pomniki wygłaszające wiekopomne przemówienia i wyjaśniający sobie zasady niektórych zjawisk jakby byli na lekcjach fizyki w gimnazjum (a jeśli coś sobie tłumaczą, np. jak wykorzystać asystę grawitacyjną Ziemi - wykonują to w zabawny i oryginalny sposób), sprawiają, że to właśnie na realizm należałoby zwracać przede wszystkim uwagę - to co wiarygodne lub opierające się o założenia dziś rozważane, stanowi największą część filmu. Wszystko to, mimo drobnych wpadek, stawia "Marsjanina" wysoko pod tym względem, za co twórcom należą się brawa.

3. Recenzja - ciąg dalszy.


Po seansie doszedłem do wniosku, że ekranizacja "Marsjanina" miałaby większe szanse jako kilkuodcinkowy serial, niż 140 minutowa produkcja, gdzie jednak nawet patrząc na czas projekcji łatwo stwierdzić, że nie da się upchnąć (zwłaszcza tak by dobrze to wyglądało) całej powieści i wszystkich jej wątków w wydaniu nieokrojonym. Gdyby rozłożyć utwór Weira na więcej odcinków z pewnością udałoby się zmieścić pełną treść powieści i wszystkie ukazane w niej wydarzenia, a tak trzeba się niestety liczyć z faktem okrojenia ekranizacji z kilku moim zdaniem mocnych atutów książki, które czyniły jej realizm bardziej odczuwalnym poprzez ukazywanie, że tam na Marsie - nawet dla genialnego astronauty - nie wszystko przychodzi tak łatwą i bezbolesną drogą, co można wynieść z seansu w kinie.

Nie mamy tu bowiem całej akcji z utratą połączenia z kontrolą misji w Houston i koniecznością porozumiewania się Morsem, nie mamy w ogóle wspomnianego problemu wodoru w Habie, nie mamy bardzo emocjonującej burzy piaskowej podczas ostatniej podróży Watneya po powierzchni Marsa - co mimo przygodowego charakteru powieści jednak skutecznie potęgowało dramatyzm ostatnich rozdziałów. To tylko niektóre nieuwzględnione lub zmodyfikowane w ekranizacji elementy.

W filmie wszystko Watneyowi przychodzi zbyt łatwo, a skrócenie dużej części fachowych opisów jego zachowań - dlaczego robi daną rzecz tak a nie inaczej, jakie wiążą się z tym skutki i problemy - sprawia, że widz dostaje na ekranie bohatera, którego losami nie przejmuje się w takim stopniu, co podczas czytania powieści, bo właściwie poprzez ukazywanie większości poczynań w pozytywnym klimacie pomija się w dużej mierze potencjalne zagrożenia wynikające z każdej decyzji Watneya. Efekt taki, że realizm w powieści jest powiedzmy - pełniejszy - niż we filmie, co nie znaczy że film go nie ma - "Marsjanin" Scotta pozostaje bardzo pieczołowitą pod względem technicznym produkcją, za którą od strony naukowej należą się duże brawa, ale przez wspomniane okrojenia zbyt mocno charakteryzuje się wydźwiękiem w stylu "jakie to wszystko łatwe" - zamiast - co byłoby moim zdaniem znacznie bardziej wiarygodne - "jakie to wszystko trudne". Stąd też warto zabrać się za powieść, która daje bardziej wyczerpujący obraz problemów i trudności tytułowego bohatera.

Fot. Twentieth Century Fox Film Corporation
Fot. Twentieth Century Fox Film Corporation
Fot. Twentieth Century Fox Film Corporation

Czytałem w niektórych recenzjach o zarzutach "deus ex machina" wobec scenariusza, gdy tytułowemu bohaterowi ma się coś udać, przez co film traci (zdaniem innych recenzentów). Moim zdaniem to jedynie w połowie sprawiedliwe zarzuty, choć najprawdopodobniej słusznie podyktowane tym, o czym wspomniałem w poprzednim akapicie. Warto jednak sobie przypomnieć historię misji Apollo 13. Personel kontroli misji w Houston kompletnie z niczego - a właściwie jedynie z przedmiotów, które załoga miała pod nosem - bawiąc się w Mac Gyvera wykombinował takie rozwiązania awaryjne, że z kompletnie katastrofalnej sytuacji załoga zdołała zostać ocalona i bezpiecznie sprowadzona na Ziemię. Czy w ekranizacji tamtego lotu w wykonaniu Rona Howarda też wytykamy te rozwiązania z niczego, pozwalające załodze wychodzić z każdej kolejnej opresji w drodze do domu? Chyba nie. Tak było, tak to przedstawiono. Czy zasadne jest więc wytykanie, że główny bohater - astronauta, naukowiec i ogólnie tęga głowa - jest w stanie wykombinować w podobny sposób rozwiązania pozwalające mu pozostać przy życiu? Moim zdaniem co do zasady nie - to jest ta sama sytuacja co w "Apollo 13", tyle że tu większość rozwiązań rodzi się w głowie głównego bohatera, a nie jego odpowiedników na Ziemi, jak miało to miejsce w filmie Howarda. Rozumiem jednak (połowicznie) te zarzuty właśnie z powodu zbytniego okrojenia ekranizacji z elementów powieści potęgujących dramatyzm i wskazujących, że jednak wszystko to wcale nie jest takie łatwe - stąd nie wytyka się tych "rozwiązań z niczego" w "Apollo 13", bo tam znacznie bardziej zadbano o przedstawienie prawdziwie dramatycznej sytuacji załogi tej misji.

Muszę jeszcze wspomnieć, że miałem szczerego banana na twarzy w pierwszej części napisów końcowych. Poza pojawiającymi się nazwiskami twórców mamy w tle przedstawiany start kolejnej misji załogowej Ares 5 w kierunku Marsa (pamiętajmy, że akcja dzieje się na przełomie lat 20. i 30. tego wieku) i stosowne do tego komentarze. Uśmiechałem się wówczas z łezką w oku z tego "zaklinania przyszłości" w wykonaniu Ridleya Scotta myśląc sobie, jakże piękną rzeczą byłoby rzeczywiście w owych latach być świadkiem takich wydarzeń. Nie wiem czy w tym czasie człowiek zdoła postawić swoją stopę, a nawet habitat, na Czerwonej Planecie, ale myślę, że film Scotta może nieźle pobudzić zainteresowanie eksploracją Marsa i dążeniem do postawienia tego kolejnego, jeszcze większego kroku ludzkości w podboju kosmosu, przy którym ten Neila Armstronga - mimo, że astronomicznie wielki, okaże się drobnym susem. Pod tym względem walory filmu są przeogromne.

Podsumowując, ekranizację powieści Andy'ego Weira uważam za porządną robotę wartą obejrzenia. Zgodnie z wcześniejszymi słowami, Scott rzeczywiście od początku do końca starał się być możliwie wierny książce, choć było oczywistym, że pewne uproszczenia będą musiały zostać dokonane. Dbanie o prawidłowy żargon techniczny i realizm przedstawianych wydarzeń stoją na bardzo dobrym poziomie, jednak przez ogólnie pozytywny wydźwięk filmu i wspomnianą już narrację "jakie to wszystko łatwe" nie jest aż tak dobrze jak w powieści, która w dużej mierze akcentowała też wszelkie zagrożenia pełniej oddając wiarygodność wydarzeń i decyzji wszystkich postaci, nie tylko tytułowej. Niemała, choć odpowiednio racjonowana dawka humoru płynącego z ust głównego bohatera czyni film lekkim i przyjemnym w odbiorze, na co składa się także duża zawartość... muzyki disco, która już długo nie brzmiała tak dobrze. To blisko roczne oczekiwanie na film zakończyło się u mnie ze szczerym uradowaniem i dobrym humorem po wyjściu z kina. W czerwcu pytałem Was i siebie samego czy wreszcie doczekamy się porządnego filmu biorącego się za temat Czerwonej Planety i czy będzie nim "Marsjanin. Dziś myślę, że można tak powiedzieć, choć z pewnością dałoby się zrobić to jeszcze lepiej. Na pytanie "film czy książka" odpowiem książka, co nie zmienia faktu, że z seansu w kinie jestem bardzo usatysfakcjonowany, a do ekranizacji z pewnością nie raz i nie dwa powrócę. Scott przypomniał sobie jak zrobić dobre filmidło i tym razem wyszło mu to naprawdę przyzwoicie.

8/10 - bardzo dobry


Bądź na bieżąco ze zjawiskami astronomicznymi i zapleczem amatora astronomii - dołącz do stałych czytelników bloga na Facebooku lub GooglePlus.

25 komentarzy:

  1. Nie poszłam jeszcze na film, bo trochę się bałam, że magia książki zostanie zagubiona. Po przeczytaniu Twojego opisu wybiorę się do kina z pewnością :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam i zachęcam do podzielenia się odczuciami już po :-) Jak pisałem - wolę powieść, film mocno uciął skrupulatne obliczenia i wyjaśnienia Watneya i chociaż większość rozwiązań na filmie ma ręce i nogi, to dla widza może to powodować właśnie mylne wrażenie, że "wszystko tam było łatwe". Ale dobre zdjęcia, muzyka, przyzwoite aktorstwo - klimat filmu i całokształt naprawdę w porządku.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

      Usuń
  2. Dzięki Hawk za super recenzję, na to czekałem. Dla mnie jednak Harry Gregson Williams nie jest mało znanym kompozytorem, więc z niecierpliwością czekam na ścieżkę dźwiękową, wszak to w końcu uczeń samego Hansa Zimmera. Pozdro

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To znaczy nie chcę być źle zrozumiany - nie żebym umniejszał Gregsonowi-Williamsowi, bo gość zrobił dobrą robotę przy "Marsjaninie" - po prostu taka ocena wynika z moich różnych pogawędek jakie czasem wchodzą ze znajomymi na tematy filmowe - jak się rzuca nazwiska w stylu Williams, Morricone, Vangelis, Zimmer - od razu każdy jest w stanie rzucić jakimś tytułem filmu z ich muzyką. Jak mówię Gregson-Williams - zapada cisza (to samo o Stevenie Price). Ale gość robi swoje i wychodzi mu to całkiem nieźle! Pozdr

      Usuń
    2. Ależ ja wcale nie twierdzę, że w czymś mu umniejszyłeś, mało kto się orientuje co i do czego muzykę pisał jeżeli nie siedzi w temacie. Muzyka filmowa to moje hobby, a co do tytułu filmu, myślę, że "najgłośniejszą" robotę Harry wykonał w 1 części "Opowieści z Narnii", utwór "The Battle" jest jednym z najlepszych kawałków oddających podniosłość chwili, polecam jak ktoś lubi taką muzę. A "Marsjanina" już zaklepałem w terminarzu, pozdro :)

      Usuń
    3. Muzyka z "Opowieści z Narni" bardzo ładna, jest właśnie jedną z tych słynniejszych dokonań tego kompozytora (chociaż filmu nie widziałem).

      Jak "Marsjanin" zaklepany to życzę udanego seansu i zachęcam do skrobnięcia paru słów po nim (obojętnie jakie one będą!) Pozdr :-)

      Usuń
  3. Świetna recenzja. Powiem tak - Scott się u mnie mocno zrehabilitował "Marsjaninem" po Prometeuszu i ogólnie średnich ostatnich jego filmach. Dla mnie "Marsjanin" stał się najlepszym filmem Scotta chyba od Hannibala. Powieść dopiero niedawno kupiłem i po kilku pierwszych rozdziałach jestem zachwycony, ale film podobał mi się bardzo. Rozważam nawet ponowny seans na wersję 3D bo byłem na standadowej i właśnie te kilkanaście minut scen poza Marsem mnie kusi na trójwymiar. Dodałbym, że jest jeszcze inna rzecz która sprawia że ten film się wyłamuje z kanonu science fiction (w odniesieniu do dyskusji pod jednym z Twoich wcześniejszych tekstów), ale nie chcę spoilerować, myślę że ci po seansie domyślą się w czym rzecz:) Robert

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdaje się, że wiem co masz na myśli :-) Osoby po lekturze pewnie też wiedzą. Co do trójwymiaru - jak pisałem - jest trochę scen bardzo ładnie się prezentujących z tym efektem, ale patrząc całościowo na czas projekcji nie jest to znowu taka duża ich ilość i bez 3D wiele się (moim zdaniem) nie traci. Jak już tam uważasz, film pewnie trochę czasu w kinach grany będzie :-)

      Usuń
    2. Zgadzam się absolutnie z tym trójwymiarem. Też napaliłem się na 3D i prawdę mówiąc bardziej się męczyłem niż czerpałem z efektu 3D, być może w IMAX-ie byłby lepszy efekt.. Póki co 2D w zupełności wystarczy.
      Manolis

      Usuń
  4. Odpowiedzi
    1. To życzę przyjemnego seansu i zachęcam do podzielenia się odczuciami! :-)

      Usuń
    2. Wsiąkłem...
      Tak rewelacyjnego SF nie czytałem chyba od czasów Verne'a ;-).

      W zasadzie poza zbytecznością faszerowania się antybiotykami po urazie wywołanym anteną (która w warunkach marsjańskich i tak musiała by być sterylna), oraz peanom pisanym (idea placement?) na cześć obsesyjnych kontroli bezpieczeństwa w NASA niczego do czego bym się mógł doczepić (poza oczywiście ową burzą od której wszystko się zaczęło)

      Usuń
    3. No to bardzo się cieszę! :-)

      Usuń
  5. Wow. Wow do recenzji, do filmu mniej :) Uwypukliłeś zarzut, o którym ja nie wspomniałem u siebie, a powinienem: "W filmie wszystko Watneyowi przychodzi zbyt łatwo" - Jak cholera. Przecież w książce bohater dostaje mocno w dupę od Marsa, a w filmie ma się wrażenie, że to tylko sparing a nie poważny mecz. Jasne, że nad Watneyem wisi widmo nieuchronnie upływającego czasu, ale dopiero finał w postaci wychudzonego astronauty uzmysławia nam jak było ciężko. Scenarzyści mogli dać mu kilka razy więcej po twarzy. ALE może dostaniemy więcej...

    Scott przyzwyczaił widzów do tego, że na wydaniach DVD są wersje reżyserskie. W przypadku Marsjanina nie będzie inaczej i już teraz można wyczytać o filmie dłuższym o 20 minut (!). Przez 20 minut astronauta może dostać porządnie po pysku :)

    Świetna recenzja Hawk. To na co teraz czekamy? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Patryk!
      Bardzo, bardzo dobra informacja z tą wersją reżyserską! Nie wiedziałem, że "Marsjanin" się jej doczeka, ale skoro tak to już na nią czekam. 20 minut więcej to rzeczywiście już coś, jestem szalenie ciekaw jakie sceny Scott w niej doda.

      To na co czekamy...hm :-) Kurczę, chyba krucho z filmami w tej tematyce teraz, w każdym razie nie kojarzę żadnych planowanych tytułów. Chyba trzeba się będzie ograniczyć do wersji reżyserskiej "Marsjanina" na DVD. :-)

      Usuń
  6. Przyznam Ci się Hawkeye, że nie przeczytałem jeszcze Twojej powyższej recenzji, ale z komentarzy wynika, że warto pójść. No to dzisiaj poszedłem na wersję 3D i naprawdę świetny film! Tyle w nim naukowych rzeczy, że naprawdę trzeba choć część ich znać, żeby je zrozumieć. Np. ktoś mógłby się zdziwić, dlaczego astronauci, którzy zostawili na Marsie Marka raz latają bez grawitacji, a raz sobie spokojnie siedzą i chodzą. Ja wiedziałem, że odpowiedzialny za to jest ten kołowy moduł, który się ciągle kręci, ale dla kogoś, kto o tym nie wie, może się to wydawać dziwne.
    Ale polecam ten film każdemu, który się taką tematyką interesuje!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo się cieszę, że jesteś zadowolony! Rzeczywiście jest tu sporo fachowych sytuacji, które nie jednego mogą dziwić, sam patent z obracającym się modułem kołowym to nie tylko efektowne, ale i jak najbardziej realistyczne wywoływanie normalnej grawitacji. Tak spytam z ciekawości - liczba widzów na seansie duża? W moim przypadku całe 9 osób na sali (sobota w południe). Na reszcie seansów niewiele lepiej. To ciekawe wobec faktu, że film osiąga szczyty w box office na całym świecie, a wytwórnia zanotowała najlepsze otwarcie w historii... :-)

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. Razem ze mną całe 3 osoby :D (godz. 12:20, Multikino).

      Usuń
  7. Byłem wczoraj w multikinie i krótko - bardzo polecam!! Myślałem że Damon będzie wkurzający, ale było w porządku, wszyscy dopisali i jak napisałeś - grali na pełnym luzie. Książki jeszcze nie czytałem, ale prawdopodobnie niebawem się to zmieni :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli film się podobał, książkę polecam tym bardziej.
      Pozdr

      Usuń
    2. Właśnie zabieram się za książkę :)
      Manolis

      Usuń
    3. Życzę w takim razie przyjemnej lektury, bo to naprawdę solidna robota - solidniejsza od filmu (mimo, że i tak mi się podobał:-)). Pozdro

      Usuń
  8. Szczerze to film tak mnie nie urzekł jak książka. Po przeczytaniu niby nie mogłem się doczekać filmu, ale to nie to. Może to przez pominięcie kilku kwestii(wiem, za długo by to trwało). Wykonanie i gra aktorska jak najbardziej na +. Ogólnie polecam film, ale książka bardziej "wymiata".

    OdpowiedzUsuń

Zainteresował Ciebie wpis? Masz własne spostrzeżenia? Chcesz dołączyć do dyskusji lub rozpocząć nową? Śmiało! :-)
Jak możesz zostawić komentarz? - Instrukcja
Pamiętaj o Polityce komentarzy

W komentarzach możesz stosować podstawowe tagi HTML w znacznikach <> jak b, i, a href="link"