Takiej "wigilii koniunkcji czerwca" relacjonowanej w poprzednim tekście zdecydowanie nie oczekiwałem. Choć nie był to pierwszy wieczór tego miesiąca, w którym obłoki srebrzyste dotarły nad nasze szerokości geograficzne, to jednak był to bezsprzecznie pierwszy tak odważny ich występ, zarówno pod względem jasności, czasu utrzymywania się, rozpiętości azymucie i zajmowanej powierzchni w pionie, skomplikowania struktur i rzadkich efektów oświetleniowych barwiących szczyty NLC kolorami znacznie rzadziej widocznymi, od typowych. Tej nocy okazały się tak solidne, że pierwszy raz w sezonie uwieczniono je nawet z niskich szerokości geograficznych, m.in. ze Słowacji i Słowenii. W moim przypadku było to trzecie wizualne spotkanie ze "sreberkami" w tym sezonie, ale właśnie pierwsze, które zmotywowało mnie do ruszenia w teren za nowymi foto-kadrami.
Rozpatrując wspomniane okoliczności: jasność. Tego wieczoru najjaśniejsze fragmenty uwidaczniały się już 45-50 minut od zachodu Słońca. Zwykle godzinę do półtorej wypada odczekać, nim niebo pociemnieje na tyle, by uwypuklić chociaż wybrane fragmenty NLC: czy to najjaśniejsze, czy lepiej położone na ciemniejszym tle nawet gdy potem nie okazują się one jaśniejsze od reszty. W moim położeniu tego wieczoru nie był to jeszcze kres zmierzchu cywilny, Słońce zdążyło zejść dopiero 5 stopni pod horyzont i już ten fakt zwiastował ekscytujący pokaz.
Czas utrzymywania się? Przeskoczę w czasie na moment, by to określić: kończąc obserwacje około 01:00 CEST widniały wciąż dumnie rozpościerając się nad północnym, północno-wschodnim horyzontem nie mając zamiaru zniknąć przed świtem. "Wygasił" je dopiero nadchodzący świt - patrząc na webkamery z Mazur zauważyć można było, że przegrały one dopiero ze zbliżającym się najszybciej w roku wschodem Słońca, aniżeli dlatego, że same się "wyniosły" nad wyższe szerokości czy rozpłynęły nad naszymi.
Rozpiętość i zajmowania powierzchnia? Pod tym względem przypomniały mi najlepsze sezony z okresów dwóch ostatnich słonecznych minimów - zwłaszcza w pierwszym momencie, gdy na wciąż rozjaśnionym niebie mimo jeszcze subtelności spowodowanej wczesnym etapem zmierzchu rozpościerały się praktycznie od zachodu po wschód, dając się dostrzec na ciemniejszym granacie około 40-50 stopni nad horyzontem. Chyba właśnie pierwsze, zupełnie spontaniczne zdjęcie z telefonu bez planowania kadru pozwoliło to uchwycić, co od razu wstawiam w tym miejscu przed główną galerią.
Rozmaitość struktur to kolejna z cech, jakie najbardziej w tym temacie lubimy. Co innego, gdy niebo zdobią 2-3 subtelne smugi NLC bardziej przypominające jakieś niedobitki chmur pierzastych czy zanikającą, rozwiewaną smugę kondensacyjną po dość odległym już przelocie samolotu, a co innego, gdy w ramach jednego wystąpienia dostrzec możemy praktycznie kompletną paletę możliwości co do ich wyglądu i budowy. Mieliśmy proste welony i pasma, ale też rozbudowane fale i wiry.
Pierwszemu w sezonie wystąpieniu z wyczerpaną pulą możliwych do zauważenia struktur towarzyszyła jeszcze większa rzadkość jaką są różowo-purpurowo-czerwonawe zabarwienia szczytowych partii obłoków, znacznie mniej częste od typowych turkusowo-błękitnych i tytułowych srebrnych tonacji. Bez specjalnego wysłannika-reportera na miejscu, tam na granicy atmosfery i przestrzeni kosmicznej, który mógłby zrelacjonować co jest powodem specyficznego zabarwienia szczytów NLC, zakładać możemy trzy najczęściej rozważane przesłanki: albo wyjątkowo duże w danym momencie ilości związków sodu lub żelaza pometeorytowego, utrzymującego się na najwyższych pułapach atmosfery po wpadaniu w nią drobnych meteoroidów, które zabarwia cząsteczki lodu budujące NLC tak, że przefiltrowane światło słoneczne przesuwa się ku czerwieni; mniejsza ilość ozonu (który sam pochłania światło czerwone przepuszczając głównie niebieskie) lub jakieś inne, niepoznane wciąż specyficzne warunki utrzymujące się w mezosferze. Fakt, że pas tego zabarwienia utrzymywał pozycję i wielkość długotrwale, a nie dla jednej chwilowej pozycji Słońca pod horyzontem - bo jak przeglądam pliki zgrane z aparatu to wychodzi co najmniej 45 minut utrzymywania się tego pasa - sprawia, że zwykła geometria padania promieni słonecznych wydaje się tu zbytnim uproszczeniem, nieuwzględniającym ciągłego ruchu zarówno obłoków, jak i Słońca i że powodem musiały być określone warunki panujące w mezosferze.
Bez względu co tym razem szczyty NLC zabarwiło na te kolory, widok był przedni. Pod galerią także krótkie nagranie w czasie rzeczywistym, jak zwykle dla przybliżenia jak wystąpienie obłoków srebrzystych prezentowało się gołym okiem, bez efektu długoczasowej ekspozycji - bez muzyki, a raczej tą naturalną, zapewnioną przez lokalne, nadwiślańskie ptactwo. W takich momentach chciałoby się zatrzymywać czas.

A7SII + Samyang 24mm f/1.8; 1 - w trybie pełnej klatki (24 mm); kadry 2-8: crop w trybie APS-C na 36mm; ISO 100-800, eksp. 1/3 do 5 sek.
2/3: jpeg-i z 36mm, w tym z cropem
A7SII + Samyang 24mm f/1.8 w trybie APS-C na 36mm; 2-5 crop; ISO 800, eksp. 1/3 sek.
3/3: widok w czasie rzeczywistym bez obróbki
f t yt Bądź na bieżąco z tekstami, zapowiedziami, alarmami zorzowymi i wiele więcej - dołącz do stałych czytelników bloga na Facebooku, obserwuj blog na Twitterze, subskrybuj materiały na kanale YouTube lub zapisz się do Newslettera.
















Dzięki tobie widziałem je po raz pierwszy w Polsce. Skusiłem się na koniunkcję Merkurego z jednodniowym Księżycem. Potem jednak szukałem tak długo odsłoniętego horyzontu, że zrobiło się po 22. Patrzę w górę i nie wierzę. W rozświetlonej Warszawie takie coś - zaznaczam, że musiałem poszukać na wszelki wypadek ciemniejsze miejsce, aby się upewnić że to było to. Niestety trudno rejestrować to live, gdyż fokus mi się sypie, no ale:
OdpowiedzUsuńbez obróbki:
https://www.youtube.com/watch?v=2xzE_60XeNU
mocno podkręcone kontrasty i nasycenie barw + fotogaleria przed/po obróbce (DSLR niestety słabo się spisuje):
https://www.youtube.com/watch?v=VpZ7SNeleLU
Sporo też w Warszawie ostatnio widywałem słońca poboczne:
https://www.youtube.com/watch?v=EqzvJqySTRc
Wideo z koniunkcjami podrzucę za kilka dni.