17 lat bloga

I tak oto znów przyszedł czas na fajerwerki i nowy rok! Oczywiście nie ten kalendarzowy, ale blogowy, ściśle powiązany z początkiem nowego sezonu obserwacyjnego po blisko trzymiesięcznym panowaniu białych nocy. Tak to się potoczyło, że właśnie ostatni dzień lipca stanowi dla mnie zawsze nie tylko moment ostatniej białej nocy w danym sezonie. To czas, gdy Ziemia niedługo po aphelium i maksymalnym dystansie od Słońca w ciągu roku, zamyka swoje kolejne, już siedemnaste, okrążenie wokół naszej Dziennej Gwiazdy odkąd w nieskończonych czeluściach Internetu otrzymaliście pierwszy, niepozorny wpis, dający początek temu blogowi. Z punktu widzenia cyklu życia gwiazd ciągu głównego jak właśnie główny bohater tutejszych wpisów oddalony od nas o 8 minut świetlnych - to praktycznie niezauważalne mrugnięcie oka. Ale w realiach cyfrowych?

To już co innego. W świecie Internetu zmieniło się chyba wszystko, co tylko mogło się zmienić. Publikując tu pierwszy wpis nie zakładałem, że niewinna próba dzielenia się dzienniczkiem z obserwacji nocnego nieba przerodzi się w inicjatywę, która przetrwa nie tylko kolejne sezony, ale wręcz kilka epok Internetu. A tych epok trochę już było. Przeżyliśmy przecież czasy, gdy blogi i fora były czymś zupełnie powszechnym, powstającym wręcz jak grzyby po deszczu; później czasy, gdy zaczęto je uznawać za wymierający gatunek z migracją wielu osób na media społecznościowe, aż po teraźniejszość, gdy Internet uznał, że najlepiej byłoby, gdyby nikt już niczego nie czytał, tylko oglądał. Najlepiej pionowo, krótko i bez kontekstu. A najlepiej bez końca, po tym jak wielu na własne życzenie nauczyło algorytmy by te podsuwały wideo jedno za drugim, czyli w dużym skrócie jak głupio i bezproduktywnie zabierać sobie czas - rzecz najcenniejszą, jakiej nikt nam nie zwróci.

A jednak, pośród tego chaosu i przebodźcowania, wciąż istnieje grono odbiorców takich jak Wy. Mało tego, przez ostatni rok przybyło Was więcej, niż w jakimkolwiek z poprzednich lat. W tym osiemnastym roku działalności, w który właśnie wkraczamy, nasza wspólna podróż ma się lepiej, niż kiedykolwiek. Piszę wspólna, bo choć za blogiem stoję sam bez całej redakcji czy sztabu to przecież bez Waszej obecności nie poświęcałbym tyle czasu i energii na zaspokajanie jakiejś zbędnej wówczas potrzeby klikania w klawiaturę. Jesteście trochę jak ta ostatnia wioska Galów opierająca się Rzymianom, choć w przeciwieństwie do nieistniejących bohaterów z komiksów o Asteriksie jesteście gronem prawdziwych czytelników, którzy potrafią docenić klasyczną, dziś już wręcz oldschoolową formę szerzenia wiedzy wywodzącą się ideowo właśnie z początków Internetu. W pewnym sensie stanowicie elitarną grupę czytelników jako coraz bardziej niszowych, myślę, że również świadomych, ale i co w dzisiejszym Internecie może być już pewnym rodzajem ekskluzywności - cierpliwych. A lektura zawsze wymaga cierpliwości i skupienia. Tych, którzy lubią normalny blog i możliwość wrócenia do czegoś po tygodniu, miesiącu czy nawet latach by przeczytać coś ponownie bez konieczności odnajdywania jakiegoś konkretnego fragmentu filmu, który jakiś algorytm postanowił gdzieś zakopać.

Choć to żaden rozbudowany serwis czy portal z wodotryskami, a najprostszy w swej budowie blog, zawsze chciałem, żeby ta skromna przestrzeń na jakiej teraz przebywacie była ucieczką od wszechobecnego zgiełku. Ten blog pozostaje zatem dumną - a i owszem - strefą wolną od komercji, bez potrzeby przebijania się przez kilkanaście wyskakujących okien reklamowych czy wygenerowanego przez AI, bezdusznego materiału jaki dziś zalewa odbiorców nawet na serwisach foto/wideo czyniąc krok po kroku Internet coraz bardziej "sztuczną" przestrzenią. I taką filozofię tutaj zaaplikowaną jak zawsze chciałbym Wam i dziś obiecać. To ma być oaza spokoju, gdzie możecie sobie usiąść z kubkiem kawy i zagłębić się we wszystko, co dzieje się nad naszymi głowami i, co mam nadzieję, z przyjemnością chłoniecie. Niezmiennie będzie tu jedynie chłodna analiza, merytoryka (na ile mój amatorski rozum na nią pozwala!) i brak emocjonalnego, taniego clickbaitu rodem z mediów społecznościowych.

Oczywiście, jak sami wiecie, ta oaza spokoju przestaje być spokojna kiedy wspomniany bohater pierwszego planu, Słońce, postanawia kichnąć w naszą stronę. Wtedy w miarę możliwości staram się na bieżąco zapewnić Wam podgląd na sytuację w kończących już 14 lat codziennych lub niemal-codziennych komentarzach Solar Update i towarzyszących im szerszych opracowaniach najnowszych wyczynów naszej Dziennej Gwiazdy. Wtedy też w drodze wyjątku i tu wyskakują kolorowe paski z ekranu z komunikatami o gotowości zorzowej, ale za tymi paskami akurat zawsze tęsknicie tak samo jak ja - więc tych powiadomień życzmy sobie jak najwięcej, choć przez nieubłagany postęp cyklu słonecznego z każdym rokiem będzie o to coraz trudniej.

Bardzo Wam dziękuję za obecność. Dziękuję, że chcecie czytać, że doceniacie godziny spędzone na przeglądzie danych z koronagrafów czy magnetometrów w przygotowanych tu opracowaniach burz magnetycznych, które zresztą sami uatrakcyjniacie zdjęciami, jakimi się dzielicie po udanych obserwacjach. A to tylko wierzchołek góry lodowej pośród wszystkich działów tematycznych. Jesteście dowodem na to, że w świecie krzyczących obrazków, słowo pisane wciąż ma ogromną grawitację, a w ostatnim roku wręcz nasiloną. Przez ostatnie dwanaście miesięcy wydarzyło się bowiem coś, czego nie przewidywałem. Rok temu fejsbukowy profil bloga skupiał nieco ponad 10 tysięcy osób obserwujących publikowane tutaj treści. Dzisiaj jest Was ponad 16 tysięcy. W ciągu jednego roku przybyło o grubo ponad połowę całej dotychczasowej liczby obserwujących, budowanej mniej więcej stałym tempem przez około 12 lat - wszystko skompresowane do 365 dni. Taki przyrost to jakieś zagięcie czasoprzestrzeni w czystej postaci! I tak, tu nie ma błędu: 12 lat - nie 17 jak blog, bo sam z niechęci do facebuka, dziś wielokrotnie większej niż wtedy, założyłem blogowy profil o wiele później właściwie jedynie na Wasze prośby. I nagle okazało się, że po tych siedemnastu latach nie tylko lecicie ze mną dalej, ale że po spokojnym, jednostajnym locie wykonaliśmy coś w stylu całkiem porządnego manewru asysty grawitacyjnej!

Jeszcze silniej wzrosło grono obserwujących profil na X - z około 3000 rok temu do ponad 5200 obecnie. To już skok o prawie 75%, też skompresowany do jednego tylko roku. Nie wiem jakie są tego powody, ale lubię myśleć, że to początek zjadania własnego ogona przez politykę facebuka przepoczwarzonego w jeszcze bardziej gówniany serwis z reklamą reklamę poganiającą, a przy tym platformę tak ograniczającą zasięgi profilom działającym non-profit wręcz wbrew woli samych obserwatorów danego profilu, że zaczęła się jakaś większa migracja. Abstrahując od przyczyny, jest to ogromna zmiana i jeszcze jeden dowód na to, że choć media społecznościowe coraz częściej są jak kosmiczny śmietnik na orbicie, to jednak wciąż można w nich znaleźć ludzi zainteresowanych tym, co dzieje się nad naszymi głowami bardziej dogłębnie poprzez taki blog, niż na kilkanaście sekund przez konsumowanie kolejnych wideo-rolek z Tiktoka czy obrazków z Instagrama.

Z tego też powodu te ostatnie "niepełnoletnie" urodziny bloga są dla mnie nie tyle okazją do policzenia kolejnych miesięcy, publikacji czy obserwujących, ile do zadania sobie pytania, które po tylu latach stało się całkiem zasadne: jakim cudem tradycyjny blog nadal potrafi rosnąć w świecie, w którym de facto już dawno temu nastąpiła śmierć tradycyjnych blogów? Odpowiedź, jak sądzę, jest prostsza, niż mogłoby się wydawać. Widocznie nie wszyscy chcą, by Internet składał się wyłącznie z krótkich filmików, automatycznie generowanych treści, nagłówków pisanych pod algorytm i nieustannego wyścigu o uwagę na natychmiast, na już, na teraz, szybciej od reszty. Wychodzi, że istnieje jeszcze całkiem liczna grupa odbiorców, która lubi po prostu usiąść na spokojnie i poczytać teksty, które nie odstraszają, jeśli mają więcej, niż 5 zdań. Po paru latach obserwowania odwrotnego trendu, taka zmiana tchnie pewną nadzieją, ale być może to tylko jedna jaskółka nieczyniąca wiosny, więc nie będę popadał w zachwyt, bo podobnych skoków aktywności byłem już świadkiem wiele razy, a i tak okazywały się one chwilowym zaburzeniem w całościowo i tak postępującym negatywnym kierunku zmian.

Przełamana została również inna, ważna bariera - blogowy newsletter przekroczył liczbę 1000 subskrybentów. Służy on Wam głównie jako ostateczny alarm przy prognozach najsilniejszych burz magnetycznych, to jest od minimum silnych kategorii G3 według oficjalnych prognoz i szansach na zorze polarne nad Polską. Czasem pozwala mi przemycić nieco technicznych, "zakulisowych" informacji, do których większość nie ma dostępu lub podsumowań kwartalnych najchętniej czytanych tekstów. Przypomnę też tradycyjnie o możliwości subskrybcji kanału jutubowego, ale pisząc dyplomatycznie, moja aktywność na nim jest odzwierciedleniem mojego ogólnego stosunku do tej formy przekazu jako takiego, zatem by zachęcić do śledzenia kanału mogę wyjść co najwyżej z obietnicą, że na pewno nie zaleją Was zbyt liczne powiadomienia o nowych materiałach (może właśnie dlatego warto to uczynić!) albo że wręcz po otrzymaniu powiadomienia dopiero sobie przypomnicie, że w ogóle taki kanał kiedyś zasubskrybowaliście.

Pod względem bazy wiedzy, blog dobił, a właściwie przebił się przez ponad 1800 tekstów rozlokowanych w niezmiennie 16 działach tematycznych. Tradycyjnie, z racji moich zamiłowań najaktywniejszym działem była Aktywność słoneczna i to akurat nie zaskakuje, zwłaszcza w dopiero drugim roku po maksimum bieżącego cyklu słonecznego. Ciekawiej robi się pod względem medalu srebrnego i brązowego. Podium tym razem domykają bowiem działy Astronautyka (Bezzałogowa i Załogowa zliczane wspólnie) oraz Relacje z obserwacji.

Właśnie przy astronautyce musimy się na chwilę zatrzymać, bo zaszła tu silna zmiana ewolucyjna. Właściwie nie tyle zaszła, lecz pogłębiła, bo samo założenie nie jest nowe. Ubyło bowiem suchych, depeszowych informacji o tym, co, kiedy i gdzie poleciało. Zamiast ścigać się z portalami typu "niusownia", postawiłem na zwielokrotnienie opinii, felietonów i szerszych komentarzy. Postanowiłem pisać do Was z perspektywy entuzjasty, ale i krytycznego obserwatora, dla którego samo odpalenie silników to jednak za mało, by już piać z zachwytu - liczy się kontekst, historia i implikacje. Jak pokazały statystyki i Wasze zaangażowanie, ta decyzja Wam odpowiada. Nie ukrywam, że bardzo mnie to cieszy. Informację można znaleźć dziś wszędzie. Komentarz, który nie jest pisany na kolanie pięć minut po wydarzeniu - już niekoniecznie. Dlatego coraz częściej zamiast jedynie informować, próbuję pytać: co właściwie z tego wynika? Jak wygląda to wydarzenie w szerszym kontekście? Co jest naprawdę nowe, a co tylko zostało tak przedstawione? Czy rzeczywiście oglądamy przełom, czy może jedynie kolejną odsłonę czegoś, co znamy od dekad? Czasem odpowiedź bywa fascynująca, czasem bolesna. Okazało się jednak, że zdecydowanie bardziej przypada Wam do gustu forma przepełnionych takimi myślami felietonów, niż sucha informacja rodem z notki prasowej tej czy innej agencji, nawet jeśli czasem musicie poczekać trochę za lekturą.

Każda rocznica istnienia bloga to jednak nie tylko fanfary, ale i chwila na chłodny rachunek sumienia. Czego najbardziej żałuję po tym roku? Tego, samego co poprzednio i czego nie zmieni nawet najwybitniejszy inżynier: prędkości rotacji Ziemi wokół własnej osi. Doba wciąż nie chce być dłuższa. Wielość obowiązków poza blogiem, który jest "tylko" dodatkiem do dziennego rozkładu zajęć uniemożliwia mi poświęcenie takiej ilości czasu poruszanym tutaj tematom, na jakiej by mi zależało. Boleję nad tym, że nie mogę sprawniej redagować i dokańczać tekstów, aby częstotliwość publikacji była wyższa. Wiele roboczych wpisów, będących w mniej lub bardziej zaawansowanym stadium ewolucji, zalega w folderze szkiców i czasem czeka długimi miesiącami na "odkurzenie", dopieszczenie i finalną publikację. Liczby są tu nieubłagane. Przez ostatni rok na blogu pojawiły się 72 nowe teksty. To o 13 publikacji mniej, niż w roku ubiegłym, co niestety dobitnie potwierdza moje słowa o kurczącym się wolnym czasie. Z drugiej jednak strony - zasada zachowania masy (i sensu) w przyrodzie jakoś tam jeszcze działa. Ubyło więc tekstów, ale przybyło tych o większej obszerności. Wprawdzie zupełnie drobnych notek nigdy tu nie było, ale tych przepastnych wpisów jednak przybyło. Sumarycznie więc dawka lektury, mierzona w znakach i minutach potrzebnych na ich przyswojenie, okazała się chyba w miarę porównywalna.

Zanim wybiegniemy w przyszłość, pit-stop na chwilę, aby spojrzeć wstecz w minione 12 miesięcy i sprawdzić, co najbardziej przykuło Waszą uwagę. Przed Wami tradycyjna urodzinowa lista TOP-10 najchętniej czytanych wpisów, która idealnie oddaje to, czym żyliśmy przez ten niesamowity rok. Co ciekawe, warta uwagi jest pozycja zamykająca stawkę. Tekst z 10. miejsca ma bowiem nieco ponad miesiąc i jest absolutnie najmłodszym z całego zestawienia, zbierającym odsłony zaledwie od 28 czerwca, a jednak w tym sprincie zdołał wyprzedzić dziesiątki innych, już znacznie starszych artykułów ostatniego roku, wdzierając się rzutem na taśmę do TOP-10. Z uwagi na jego treść, to chyba najlepszy dowód na to, że czasem warto spojrzeć wstecz. Zwłaszcza wtedy, gdy patrzymy tak daleko w przyszłość, że zaczynamy zapominać, jak daleko już kiedyś zaszliśmy.


★★★★★★★★★★
TOP-10 tekstów 17. roku działalności VIII 2025-VII 2026 A.D.
(kliknij w tytuł by otworzyć całość)



"Z wszystkich trzech burz o niepełnej kategorii G5 przypadek stycznia 2026 roku okazał się jednak pierwszym, kiedy od Bałtyku po Tatry i od Odry po Bug, niebo nad Polską odsłoniło się w pełni ukazując nie tylko czerń bezksiężycowej, zimowej nocy, ale i zorzę polarną, jaka wespół z często ośnieżonymi krajobrazami stworzyła iście alaskańsko-skandynawski klimat obserwacji. Najciekawiej jednak zrobi się, gdy uzmysłowimy sobie, że te wszystkie zachwyty, relacje, fotografie rodem z wysokich szerokości geograficznych, stanowią efekt wykorzystania jedynie maleńkiej garstki potencjału koronalnego wyrzutu masy, który zapewnił nam to widowisko. Wszystkie media rozpisują się bowiem ile to wspaniałości wyrzut ten dostarczył amatorom nocnego nieba, ale niewiele już poświęcają miejsca temu, co - uwaga - utraciliśmy."


"Z wejściem w 2026 rok rozpoczęliśmy już siódmy rok 25. cyklu aktywności słonecznej. W zależności od tego jak długi okaże się to cykl, może to być rok przełomowy dla poznania odpowiedzi na chyba najbardziej frapujące pytanie zadawane przez miłośników tematu: czy mamy szansę na drugie maksimum, czy też szczyt lub dwa maksima są już za nami. Tekst ten traktujcie jako swego rodzaju koncert życzeń, ale też zestawienie faktów, które już o bieżącym cyklu znamy i hipotez, jakie na podstawie dotychczasowej obserwacji cykli słonecznych można wysnuć na obecnym etapie cyklu co do jego przyszłości, na razie znanej tylko Słońcu."


"Wyzerowanie operacyjnej dziennej liczby Wolfa i widok zupełnie pustej tarczy nie jest oczywiście finałem tego cyklu, ani zwiastunem rychłego wejścia w nowe słoneczne minimum. Nie powinno być to również odbierane za coś zaskakującego - wystąpienie dni z pozbawioną plam tarczą słoneczną było pierwszym zjawiskiem, jakie wypunktowałem w noworocznym koncercie życzeń wśród puli zdarzeń, jakich w tym roku należy się spodziewać. Przyznam jednak, że pisząc tamten tekst miałem nadzieję, że dzień zupełnego oczyszczenia tarczy nadejdzie kapkę później, niż krótko po połowie już pierwszego kwartału."


"Wizualnym efektem tej gigantycznej fali energii była klasyczna, monumentalna kula ognia, która momentalnie przekształciła się w potężny, gęsty grzyb dymu i ognia, rosnący niczym po wybuchu jądrowym. Chmura ta była tak ogromna i gwałtowna, że przebiła wyższe warstwy chmur i uniosła się na wysokość kilku kilometrów. Detonacja była tak potężna, że wygenerowała wyraźną, doskonale widoczną na nagraniach falę uderzeniową (ciśnieniową), która rozeszła się koncentrycznie od epicentrum. Co jeszcze bardziej niezwykłe, rozbłysk kuli ognia na nocnym niebie był doskonale widoczny z odległości... ponad 80 kilometrów, w tym z samego Orlando. Wpływ eksplozji New Glenna na harmonogram programu Artemis może okazać się dewastujący."


"Domknęliśmy cały szósty rok 25. cyklu aktywności słonecznej, którego oficjalny początek datowany jest na grudzień 2019. Jeśli w roku 2026 nie dojdzie do przełomu i oznak rozpoczęcia drugiego szczytu, 25. cykl okazałby się pierwszym od blisko półwiecza przerywającym trend wyraźnego dwuszczytowego kształtu cyklu słonecznego, upodabniając się do cykli jednoszczytowych lub bardziej nieregularnych. Zjawisko dwóch wyraźnych maksimów, które na przestrzeni ostatnich cykli stało się prawie niepisaną regułą, jest cały czas traktowane jako ostatnia deska ratunku dla amatorów spragnionych jeszcze jednego, dłużej trwającego solidniejszego zastrzyku grup plam zanim rozpoczniemy ostateczny zjazd w kierunku nowego słonecznego minimum."


"Gdyby weekend zawsze kończył się tak urokliwym widokiem i pomyślną współpracą pogody z kalendarzem zjawisk astronomicznych, może łatwiej byłoby nam wchodzić w każdy nowy tydzień i powracać do codziennych obowiązków jakie przed sobą mamy, ale z drugiej strony - stracilibyśmy całą wyjątkowość tych "koniunkcji nad koniunkcjami", o tak silnym nagromadzeniu jasnych obiektów w jednym kadrze. Chyba właśnie fakt, że często trzeba się ich tyle nawyczekiwać, chroni je przed degradacją do rangi zjawisk najpospolitszych i tak bardzo raduje nasze zmysły, kiedy tego kluczowego dnia wszystkie okoliczności zagrają jak w orkiestrze."


"Apollo 13" był zarazem pierwszym filmem tego gatunku, który wywarł na mnie tak wielkie wrażenie i ten zachwyt nie mija także po trzech dekadach od premiery. Stworzyć dzieło, które emocjonuje do końca mimo znajomości finału historii potrafią tylko nieliczni. O takich filmach, do jakich ma się szczególny sentyment, pisze się łatwiej i chętniej, toteż przygotujcie się na tekst na miarę tej rocznicy. Zapraszam tedy na wspominkową odyseję, w której przez pryzmat produkcji Rona Howarda spojrzymy także bliżej na samą misję Apollo 13. Dotąd nie poświęciłem jej wiele miejsca na tym blogu, a 30. rocznica polskiej premiery kinowej, która tak spopularyzowała tę misję to idealny moment, by te zaległości nadrobić."


"W historii podboju kosmosu niewielu jest bohaterów, którzy nie nosili skafandra, a jednak ich odwaga cywilna przyćmiewa niejedno orbitalne dokonanie. Roger Boisjoly, starszy inżynier i uznany w USA ekspert od uszczelnień rakietowych, jest dla mnie postacią niemal mityczną - człowiekiem, który rzucił wyzwanie systemowi w imię czystej, inżynierskiej prawdy. O Challengerze nie potrafię myśleć, nie słysząc w głowie głosu Boisjoly'ego - głównie dlatego, że pierwszy raz z tą postacią spotkałem się dawniej dzięki jednej z polecanych produkcji dokumentalnych, w której pomimo upływu lat widać jak bardzo przeżył on sposób, w który został potraktowany. Okrągła rocznica tamtej tragedii to dla mnie idealny moment, bym mógł oddać mu hołd nie tylko jako specjaliście, ale jako strażnikowi etyki, którego głos był jedną z nielicznych barier między ambicją biurokratów, a życiem siedmioosobowej załogi Challengera."


"Z dniem 10 czerwca satelita SOLAR-1 położony w punkcie Lagrange'a L1 przeszedł w tryb operacyjny i rozpoczął przekazywanie danych dotyczących wiatru słonecznego napływającego na Ziemię. To kolejny po wysłużonych ACE z 1998 i DSCOVR z 2015 roku satelita, jaki zapewni nam ciągły monitoring warunków pogody kosmicznej w czasie rzeczywistym i który z upływem czasu zastąpi wspomniane misje. Dziś zaś pragnę Was zaznajomić z nowym panelem odczytu wspomnianych danych poprzez nowe narzędzie udostępnione przez SWPC, które 30 czerwca 2026 r. całkowicie zastąpi dotychczasową witrynę z danymi wiatru słonecznego ACE/DSCOVR w czasie rzeczywistym. Nie znaczy to, że pomiary z ACE i DSCOVR nie będą już udostępniane - bo będą, tyle że odtąd wszystkie dane z wszystkich aktywnych misji w fazie operacyjnej (na teraz są to SOLAR-1, IMAP, ACE, DSCOVR) będą możliwe do wyświetlenia w ramach jednego, tego samego narzędzia, w którym sami wybieramy z jakiego satelity pomiary chcemy wyświetlić."


"Nie będzie tu typowego podsumowania lotu, bo wiele już o nim w wielu miejscach powiedziano - choć postaram się udowodnić, że nie wszystko. To próba szerszego spojrzenia na temat, od którego większość źródeł właśnie stroni. Będą więc zasłużone brawa oprawione serią pocztówek z najnowszego wokółksiężycowego lotu, ale też więcej historii i słowa, które raczej nie spodobają się osobom kończącym wyrabianie własnego poglądu o tym teście po spojrzeniu na zdjęcia, jakimi nas zasypano. Do tego nieco spojrzenia w przyszłość po niedawnych wydarzeniach z maja w wykonaniu SpaceX i Blue Origin oraz przemyśleń o tym, jak, w mej ocenie, spora część miłośników tematu, często nieświadomie i pewnie bez złej woli, dolewa paliwa do baku różnej maści negacjonistom dokonań programu Apollo."

★★★★★★★★★★

Kurz po TOP-10 nieco opadł, więc pora spojrzeć w lornetki i teleskopy wycelowane w przyszłość. Czego możecie spodziewać się w najbliższych miesiącach? Ten rok będzie marszem ku "dorosłości" bloga, więc - nieco przewrotnie - chciałbym więcej akcentów postawić na powrót do korzeni, od których wszystko i w moim przypadku się zaczęło i tego, co dla wielu amatorów stanowi pierwsze praktyczne kroki w tym hobby. Uchylając rąbka tajemnicy, bo szczegółów sam nawet jeszcze nie znam - na pewno będę chciał odkurzyć zaniedbany dział tekstów o sprzęcie obserwacyjnym: optycznym i nie tylko. Tekstów, które być może przypomną, że astronomia amatorska to nie tylko prognozy zórz i czekania na wielkie wyrzuty koronalne, ale także bardziej przyziemne pytania o to, przez co właściwie patrzymy w niebo i jak sobie w tych aktywnościach pomóc. Wrócą, jeśli czas pozwoli, recenzje, pisane w tym samym, chłodnym, pozbawionym marketingowego lukru tonie, co zawsze. Piszę to jednak mając nadzieję, że Słońce nie da zbyt szybko za wygraną i jeszcze z rok-dwa zdoła utrzymać pozycję aktora pierwszoplanowego na tym blogu.

Wielce prawdopodobne, że będą kolejne relacje - blogi na żywo. Ten format lubiliście od zawsze. Mało tego! To przecież kolejny z korzeni tego bloga, do których w tym roku chciałbym nawiązywać, korzeni jeszcze z czasów programu STS i misji promów kosmicznych, o których ta najmłodsza część obecnych czytelników może czytać jedynie z kart historii, a dla innych z Was były powodem gromadzenia się tu ze mną na żywo i ekscytowania, jak ta 30-letnia era związana między innymi z budową Międzynarodowej Stacji Kosmicznej powoli się dopełnia. Formułę bloga na żywo, ku miłemu zaskoczeniu, wciąż doceniacie nawet w dobie streamingów na dziesiątkach kanałów jutubowych. W minionym roku blogowym śledziliśmy wspólnie wydarzenia astronautyczne podczas testów IFT-12 i IFT-13 systemu Super Heavy-Starship. Testów i innych lotów było rzecz jasna więcej, ale tu znowu dochodzi problem moich ograniczonych pokładów czasu, a i duża losowość ze strony samych rakiet: Kosmos pisze tu scenariusze, których nie da się zaplanować z wyprzedzeniem, więc i ja niczego obiecać nie mogę. Samych testów najpotężniejszej rakiety w historii jednak raczej nie zabraknie, a jak wiadomo, przy tej rodzinie pojazdów nigdy do końca nie wiadomo, czy relacja będzie blogiem na żywo z ekscytującego przesuwania granic możliwości konstrukcyjnych, czy może stanie się zapisem testu... z detonacji o wysokiej energii. Ale właśnie dlatego jest ciekawie.

A wszystko to dzieje się w przededniu miesiąca, który zapisze się złotymi zgłoskami w kalendarzach każdego polskiego miłośnika astronomii. W ten osiemnasty rok istnienia bloga wkraczamy otwierając sierpień 2026 roku z największą kumulacją wielkich zjawisk astronomicznych, jakiej prawdopodobnie kiedykolwiek doświadczyliśmy w tak krótkim czasie. Sierpnia, przez który trudno już mówić o zwyczajnym jak zawsze otwarciu kolejnego roku. Przed nami dwa głębokie zaćmienia - najgłębsze (do 87%)  częściowe zaćmienie Słońca od początku XXI wieku i jeszcze głębsze, niemal całkowite (93%) zaćmienie Księżyca - a jakby tego było mało, niebo zaserwuje nam maksimum słynnego i obfitego w meteory roju Perseidów w idealnie bezksiężycową noc, rozpoczynającą się właśnie od zachodu tak głęboko zaćmionego Słońca. Trudno byłoby wymyślić lepszy scenariusz. No dobra, łatwo. Vide: Hiszpania. Ale nie będziemy się przecież obrażać na rzeczywistość - spróbujmy z niej czerpać pełną garścią na ile to będzie możliwe.

Kończąc, raz jeszcze dziękuję Wam za obecność. Tym, którzy są tutaj od lat, jak i tym, którzy pojawili się niedawno. Tym, którzy czytają każdy tekst, jak i tym, którzy wybierają tylko te o Słońcu, astronautyce czy jeszcze innych zagadnieniach. I nawet tym, którzy być może nie czytają bloga regularnie, ale wracają wtedy, gdy na niebie dzieje się coś naprawdę niezwykłego. Dziękuję za każdą wiadomość,  komentarz, udostępnienie i puszczenie dalej w obieg treści i materiałów, jakie dla Was przygotowuję. Za każde zdjęcie i relację, ale i każdą uwagę gdy trzeba coś poprawić czy sprostować. Za pytania, które czasem stają się fundamentem nowego tekstu i potrafią zainspirować do przygotowania Wam nowej lektury - takich wpisów też już trochę się zgromadziło za kulisami, mam nadzieję, że szybciej, niż później uda mi się do nich wrócić by je dopieścić i podsunąć Wam przed oczy.

Jakby nie patrzeć, osiemnasty rok naszej przygody zaczniemy od kumulacji zjawisk, która może okazać się jedną z najbardziej niezwykłych w całej historii bloga. Bardzo życzyłbym i Wam i sobie aby to był jeden z tych sezonów obserwacyjnych, po których po wielu latach gdy ktoś zapyta z rozrzewnieniem: "a pamiętasz sierpień 2026?" każdy z nas mógł odpowiedzieć, że widoków i wrażeń z tego miesiąca nigdy nie zapomni. Mam nadzieję, że tak będzie i że chmury jak na wakacyjny czas przystało - będą konsekwentne i też sobie gdzieś polecą na wakacje, daleko poza nasz kraj (może do Hiszpanii, żeby nie było im tak wesoło?). Żartuję, niech się nacieszą 12 sierpnia tak jak i my. Nie obiecuję, że będzie więcej publikacji. Obiecuję natomiast, że będę się starał, by każda z nich zawsze była wartościowa i warta Waszego czasu.


  f    X    yt   Bądź na bieżąco z tekstami, zapowiedziami, alarmami zorzowymi i wiele więcej - dołącz do stałych czytelników bloga na Facebooku, obserwuj blog na X, subskrybuj materiały na kanale YouTube lub zapisz się do Newslettera.

Komentarze