Nihil novi sub sole... czyli po Artemis 2 zachwyćmy się Apollo 8 nim dawne sukcesy przejdą w niepamięć

Gdy bijemy dziś krajowe rekordy ciepła robiąc za schabowe w ogólnopolskim piekarniku, wróćmy do kwietniowego lotu testowego Artemis 2 wokół Srebrnego Globu. Tam też padły pewne rekordy, ale tym razem ujmę je w innym świetle. Między 1 a 10 kwietnia br. NASA przeprowadziła drugi lot programu Artemis, dokonując załogowego testu wokół Księżyca, gdy człowiek znalazł się dalej od Ziemi, niż kiedykolwiek wcześniej. Dziś, kiedy kurz i pył po tym locie już opadły ustępując miejsca obłokom od eksplodujących rakiet nad Przylądkiem Canaveral czy Zatoką Meksykańską, chciałbym spróbować przywrócić, na ile będę w stanie, nieco poczucia rzeczywistości. Nie będzie tu typowego podsumowania lotu, bo wiele już o nim w wielu miejscach powiedziano - choć postaram się udowodnić, że nie wszystko. To próba szerszego spojrzenia na temat, od którego większość źródeł właśnie stroni. Będą więc zasłużone brawa oprawione serią pocztówek z najnowszego wokółksiężycowego lotu, ale też więcej historii i słowa, które raczej nie spodobają się osobom kończącym wyrabianie własnego poglądu o tym teście po spojrzeniu na zdjęcia, jakimi nas zasypano. Do tego nieco spojrzenia w przyszłość po niedawnych wydarzeniach z maja w wykonaniu SpaceX i Blue Origin oraz przemyśleń o tym, jak, w mej ocenie, spora część miłośników tematu, często nieświadomie i pewnie bez złej woli, dolewa paliwa do baku różnej maści negacjonistom dokonań programu Apollo. Zapraszam zatem na obszerny, choć nie rekordowy jak dzisiejsze temperatury nad Polską, felieton o przeszłości i przyszłości Artemis w kontekście drugiego lotu.

Spis treści:
1. Tytułem wstępu.
2. Apollo 8: niedościgniony wzorzec.
3. Ekonomia absurdu.
4. Inne oblicze rekordu.
5. Moon-joy.
6. Czekając na remake Apollo 9.
7. Epilog.


Brak relacji na temat lotu Artemis 2, który w kwietniu 2026 roku zdominowała nagłówki zarówno światowych jak i rodzimych portali, nie był tu wynikiem żadnego przeoczenia ani zaspania, ale po prostu szacunku dla faktów historycznych i wręcz elementarnej logiki inżynieryjnej. Spoglądanie na przebieg tego dziesięciodniowego testu, niezależnie jak bardzo nie zachwycać się obrazkami, które nam dostarczył, zmusza do postawienia tezy, że gdyby tematyczne media traktowały ten lot z prawidłową dozą krytycyzmu, nagłówki nie krzyczałyby o "nowej erze", lecz o niebywale kosztownej, bardzo zachowawczej powtórce fragmentu misji sprzed blisko sześciu dekad. Artemis 2 była pierwszym załogowym lotem poza niską orbitę okołoziemską od 1972 roku i pomyślnie przetestowała wiele systemów Oriona, jednak pod względem profilu lotu powtórzyła jedynie bezpieczny oblot rodem z poprzedniego testu bez astronautów.

Zachwycanie się tym przelotem wokół Księżyca i relacjonowanie go tutaj na bieżąco w sposób, w jaki zrobiła to większość ośrodków informacyjnych, wymagałoby ode mnie wejścia w rolę właśnie quasi-kontestatora osiągnięć programu Apollo. Jeśli bowiem uznajemy, że w 1968 roku trzech ludzi nie tylko dotarło do Księżyca, ale dokonało potwornie ryzykownych manewrów z wchodzeniem na jego orbitę i okrążyło go dziesięciokrotnie nie wiedząc, czy zdołają tę orbitę opuścić, w statku zbudowanym od zera w kilka lat, podczas misji o wielokrotnie większym skomplikowaniu, niż Artemis 2, to celebrowanie w takim stylu lotu testowego, który blisko 60 lat później powtarza dawny wyczyn w znacznie uboższej wersji, wydaje mi się po prostu intelektualnie nieuczciwe.

Współczesna NASA funkcjonuje oczywiście w zupełnie innym paradygmacie politycznym i społecznym, niż ta z lat 60. Dzisiejsza tolerancja ryzyka jest znacznie niższa, a jakakolwiek katastrofa załogowa prawdopodobnie oznaczałaby permanentny koniec programu księżycowego - przynajmniej po stronie agencji. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy gigantyczny skok technologiczny i moc obliczeniowa, jakimi dysponujemy w stosunku do lat 60. XX wieku, zamiast do realnego pchania granic eksploracji, jakim bez przesady można nazwać program Apollo, zostają zaprzęgnięte głównie do obsługi pasywnego bezpieczeństwa maskującego systemową niemoc.

W ten sposób, to co w 1968 roku było szczytem odwagi, inżynieryjnego geniuszu i logistycznej sprawności, w 2026 roku stało się biurokratycznym spektaklem wykonanym w sposób, który pod względem ekonomicznym, logistycznym, technologicznym czy nawet systemowym wypada na tle dawnych osiągnięć... po prostu blado. NASA zafundowała nam bilet do kina na momentami efektowny remake, w którym bohaterowie mają może i fajniejsze kostiumy - grające na sentymencie z czasów wahadłowców nie mniej niż wygląd rakiety SLS, ale scenariusz jest o 90% bardziej banalny, wycinający najbardziej emocjonujące rozdziały z oryginału, a jego produkcja trwała kilka razy dłużej i kosztowała rzędy wielkości więcej, niż pierwowzór.

Rise (Wzlot/Wschód - symbolizujący powrót człowieka w głębszą przestrzeń kosmiczną) był oficjalną maskotką Artemis 2 wykorzystaną jako wskaźnik zerowej grawitacji. Taki wskaźnik to tradycyjny element wszystkich misji załogowych, mający ukazywać astronautom moment bezpiecznego ukończenia startu i dotarcia na orbitę. Z chwilą wyłączenia silników górnego stopnia rakiety i poprawnym osiągnięciem orbity, rozpoczyna się stan nieważkości, a maskotka zaczyna się unosić w kabinie zanim jeszcze astronauci odepną się pasami od swoich foteli. Pluszak został zaprojektowany przez 8-letniego Lucasa Ye z Kalifornii z inspiracji zdjęciem wschodu Ziemi nad Księżycem wykonanym podczas misji Apollo 8. Credit: NASA

 

Apollo 8: niedościgniony wzorzec

Aby zrozumieć skalę współczesnego regresu, należy pójść za tytułem dzisiejszego tekstu i przypomnieć, czym była misja Apollo 8. W grudniu 1968 roku NASA nie miała nawet pewności, czy ich nowa rakieta Saturn V nie wybuchnie podczas dopiero drugiego startu z załogą, ponieważ zaledwie kilka miesięcy wcześniej inny lot testowy - Apollo 6, po raz ostatni bez załogi, był niemal technologiczną katastrofą i to z powodu aż trzech równie krytycznych względów. W trakcie startu doszło do silnych oscylacji nazwanych "pogo", jakimi określono anomalnie gwałtowne, pionowe drgania, które niemal rozerwały konstrukcję; przedwczesnego wyłączenia dwóch silników drugiego stopnia oraz niemożności ponownego uruchomienia silnika trzeciego stopnia. Tak blisko kolejnej katastrofy program nie stał od czasu tragicznego załogowego testu odliczania przed misją Apollo 1. Między Apollo 6 a Apollo 8 udało się jeszcze wykonać siódmy lot programu i choć odbył się bez anomalii znanych z poprzedniego startu, stanowił właściwie jednorazowy przypadek lotu z astronautami, gdzie nie było jeszcze mowy o powtarzalności sukcesów. 

Na tle ocierającego się o katastrofę startu Apollo 6 drugi lot SLS to miód dla oczu. I w tym miejscu trzeba oddać cesarzowi, co cesarskie: od strony czysto wykonawczej, praca zespołów inżynieryjnych i techników na Przylądku Canaveral była idealna. Drugi bezbłędny start tej rakiety, tym razem bez wycieków wodoru podczas tankowania wielokrotnie opóźniających start Artemis 1 udowodnił, że inżynierowie na dole potrafili wycisnąć technologiczną perfekcję nawet z tak przestarzałych klocków, jakie wcisnęli im w ręce politycy. Jeśli jednak po niemal 60 latach musimy użyć porównania z Apollo 6 by wykazać SLS jako "krok do przodu" i pewniejszą kartę od Saturna V, to jest to bardzo słabe, a dlaczego - jeszcze do tego wrócę.

  
Załoga Apollo 8: dowódca: Frank Borman, pilot modułu dowodzenia James Lovell, pilot modułu księżycowego William A. Anders, start Saturna V do misji Apollo 8, Ziemia z pokładu Apollo przed manewrem TLI ku orbicie transksiężycowej. Credit: NASA


W 1968 roku Frank Borman, James Lovell i William Anders polecieli w nieznane - nie po to, by "przetestować systemy w bezpiecznej pętli", ale by wykonać zadanie, którego nikt wcześniej nie próbował, dysponując mocą obliczeniową mniejszą, niż dzisiejszy kalkulator kieszonkowy, z manewrami, które finalnie mogły uniemożliwić powrót na Ziemię. Po przeprowadzeniu trudnych i niepewnych w skutkach manewrów weszli na stałą orbitę wokółksiężycową wykonując dziesięć okrążeń wokół Srebrnego Globu zaledwie 111 kilometrów nad jego powierzchnią, co wymagało precyzyjnego wejścia na jego orbitę (LOI - Lunar Orbit Insertion) i ryzykownego jej opuszczenia (TEI - Trans-Earth Injection). Przez 20 godzin Apollo 8 pozostawał na orbicie wokół Księżyca, okrążając go w około dwie godziny.

Misja ta była znacznie bardziej ryzykowna pod względem napędu i choć Apollo 8 również leciał na Księżyc na trajektorii swobodnego powrotu, to aby wykonać swoje zadanie, załoga musiała celowo z tej trajektorii zejść, by odpalając silnik wejść na kołową orbitę wokółksiężycową, a później liczyć, że ponowny manewr ich z tej orbity uwolni. W momencie wykonania LOI "gwarancja" powrotu do domu znikała - aby wrócić, musieli ponownie odpalić silnik (manewr TEI), żeby wyrwać się z objęć grawitacji Księżyca.

Apollo 8 nie biło rekordów odległości od Ziemi - choć w tamtym momencie astronauci znaleźli się najdalej w historii - bo jego celem było być jak najbliżej Księżyca. Załoga weszła na niską orbitę wokółksiężycową, co wymagało precyzyjnego i ryzykownego odpalenia silnika głównego po niewidocznej z naszej perspektywy stronie Księżyca. Gdyby silnik w ogóle nie odpalił, astronauci wróciliby na Ziemię po trajektorii swobodnego powrotu jak w Artemis 2, ale wtedy NASA nie szła na łatwiznę, więc... nie odpuszczono manewru. Prawdziwym horrorem było więc ryzyko, że silnik zadziała zbyt krótko, zbyt długo lub pod złym kątem. W razie złego ustawienia statku lub niekontrolowanego, zbyt długiego wypalenia paliwa, potężny silnik SPS (Service Propulsion Systemzamiast wyhamować, mógł wystrzelić załogę z prędkością ucieczkową prosto w lodowatą, głęboką przestrzeń kosmiczną. Jakiekolwiek inne odstępstwa od nominalnego odpalenia oznaczały uwięzienie na niestabilnej orbicie wokół Srebrnego Globu albo uderzenie w jego powierzchnię. To była prawdziwa odwaga - manewr wejścia na orbitę księżycową był czystym hazardem z fizyką. Co więcej silnik SPS musiał odpalić dokładnie wtedy, gdy statek znajdował się za Księżycem, a załoga pozbawiona była kontaktu radiowego z Ziemią.

Kontrola misji w Houston przez kilkanaście minut trwała w absolutnej ciszy, nie wiedząc, czy załoga przeżyła manewr, czy może skierowała się w księżycową powierzchnię, utknęła na martwej orbicie lub poleciała w otchłań. Co więcej, Lovell, Anders i Borman nie mieli lądownika, który w Apollo 13, posłużył jako szalupa ratunkowa. Byli całkowicie pozbawieni zapasowych systemów podtrzymywania życia. Identyczny hazard dotyczył powrotu. Gdyby główny silnik zawiódł podczas próby opuszczenia orbity wokółksiężycowej, nie było planu B. Powrót na Ziemię przy wówczas ograniczonych już zasobach paliwa i tlenu byłby bardzo skomplikowany, o ile w ogóle wykonalny. Pilot modułu księżycowego Bill Anders wspominał później, że kiedy w końcu wyłonili się zza tarczy Srebrnego Globu i zobaczyli wschód Ziemi, zdali sobie sprawę, że choć polecieli badać Księżyc, tak naprawdę najważniejszym odkryciem i widokiem była nasza planeta.

  
Wschód Ziemi nad księżycowym horyzontem, odległa strona Księżyca i kapsuła Apollo po podjęciu załogi misji Apollo 8. Credit: NASA


Tymczasem Artemis 2, lot realizowany w 2026 roku, to owoc strategii nakreślonej przez Space Policy Directive 1 ("dyrektywę polityki kosmicznej nr 1") z 2017 roku, choć techniczne korzenie samego sprzętu, w tym kapsuły Orion, sięgają jeszcze anulowanego programu Constellation z 2004 roku. Po dwóch dekadach politycznych przepychanek, ciągłych zmian koncepcji - od łapania asteroid po obecny program Artemis - i wpompowaniu w te projekty ponad 90 miliardów dolarów, w blisko sześć dekad od lotu Apollo 8 i po 12 latach od pierwszego testu Oriona, NASA wysłała załogę pod dowództwem Reida Wisemana (plus pilot: Victor Glover i specjaliści: Christina Koch i Jeremy Hansen) na prostą pętlę wokół Księżyca bez wchodzenia na jego orbitę. I znów - nie chodzi mi o to, by deprecjonować lot, ale odpowiednio ważyć słowa i zachwyty, czego jak uważam, w przestrzeni medialnej nie tyle zabrakło, co po prostu nie było.

Trajektoria swobodnego powrotu Oriona gwarantowała, że siły grawitacji same "wyrzucą" statek z powrotem w stronę Ziemi, co NASA nazwała "priorytetyzacją bezpieczeństwa". W przekazie dla dziennikarzy brzmi to elegancko, ale w języku inżynierii jest po prostu unikaniem trudnych zadań. Oznacza tyle, że po odpaleniu silników w pobliżu Ziemi (manewr TLI - trans-lunar injection), statek został ukierunkowany tak, aby grawitacja Księżyca naturalnie zakrzywiła jego tor lotu i skierowała go z powrotem ku atmosferze ziemskiej. Załoga nie wchodziła na niską orbitę wokółksiężycową, lecz wykonała jeden wielki oblot. W przypadku awarii silnika w drodze do Księżyca - Orion z załogą i tak wróciłby na Ziemię "za darmo", korzystając z samej fizyki. Współczesna technologia, mimo mocy obliczeniowej nieporównywalnie większej niż w 1968 roku, posłużyła więc głównie do zachowawczego odtworzenia małego wycinka lotu Apollo 8, aniżeli realnego przesuwania granic.

Celebrowanie na taką skalę przelotu nad Księżycem z największym oddaleniem człowieka od Ziemi, które można było w wielu miejscach zauważyć, jako większego czy choćby podobnego osiągnięcia, co zauważalnie bardziej skomplikowany schemat Apollo 8, który starałem się nakreślić - jest absurdem i wodą na młyn dla negacjonistów Apollo. Od lat budują oni swoją narrację m.in. na pytaniach typu: skoro byliśmy tam w latach 60., to dlaczego powrót dzieje się tak nieporadnie? Zbywanie milczeniem faktów, które staram się dziś i nie tylko dziś przytoczyć, że Artemis 2 realizowała o wiele prostszy profil lotu, niż misja sprzed sześciu dekad, dało im idealny (choć fałszywy) argument, że dawne sukcesy NASA były jedynie telewizyjną mistyfikacją. Niestety, ale po stronie agencji informacyjnych czy stron miłośniczych mieliśmy postawę w stylu takiego niewypowiedzianego wprost uznania, że turysta, który przeleciał samolotem nad Himalajami, dokonał czegoś większego, niż panowie Edmund Hillary i Tenzing Norgay, ponieważ "był wyżej i leciał dalej" niż wspięli się pierwsi zdobywcy Mount Everestu.


Ekonomia absurdu

Głównym aktorem remake'u dawnych osiągnięć pod tytułem Artemis 2 była znana i lubiana rakieta Space Launch System (SLS), przeze mnie tak bardzo lubiana, że tytułowana "Żywym trupem", którą tym razem świat pierwszy raz oglądał podczas startu w warunkach dziennych, co by nie pisać, chyba znacznie bardziej widowiskowych, niż nocą, a którą NASA szczyci się jako najpotężniejszą w historii. To się nie zmieni dopóki Starship nie stanie się w pełni operacyjną technologią, jest to zatem techniczna prawda (w kategorii ciągu startowego - 39 MN), ale fałsz pod kątem inżynieryjnej nowoczesności. SLS, jak już wielokrotnie tu wspominałem, to w rzeczywistości rakietowy "Frankenstein", zszyty z części zamiennych i podrasowanych po programie wahadłowców.

Szczytem ironii jest, że silniki główne RS-25 (w centralnym, pomarańczowym członie SLS), które wyniosły Artemis 2, to te same jednostki, które niegdyś będąc dumą technologii wielokrotnego użytku, dopieszczane przez mechaników po każdym locie, kończą teraz jako jednorazowy złom wyrzucony na dno oceanu (konkretnie to co z nich zostanie po przejściu przez atmosferę). Trzy z tych silników brały udział w misjach programu wahadłowców, a jeden z nich odbył aż 15 misji, w tym między innymi: w locie na rosyjską stację kosmiczną Mir, ostatnim szczęśliwym locie promu Columbia (STS-109) wykonanym niecały rok przed tragedią misji STS-107, a także podczas misji STS-135 promu kosmicznego Atlantis kończącej trzydziestoletnią erę wahadłowców. W 2026 roku, zamiast trafić może do jakiegoś muzeum jako relikty długiej ery, która choć z wieloma bolączkami realizowana była i tak po wielokroć sprawniej na tle programu Artemis, zostały po prostu utopione w oceanie po ośmiu minutach pracy całkowicie jednorazowej SLS, z której nawet rakiety pomocnicze SRB na paliwo stałe giną bezpowrotnie, w kontrze do wielokrotnych misji podczas lotów promów kosmicznych.

NASA pochwaliła się (i robi to prawie na każdym kroku), że silniki pracowały na 109% mocy znamionowej, podczas gdy w czasach wahadłowców było to zaledwie 104%. To "osiągnięcie" nabiera jednak komicznego wymiaru, gdy uświadomimy sobie, że rakieta Saturn V, bez żadnego "recyklingu" i przy pomocy pięciu silników F-1 o łącznym ciągu 34 MN, potrafiła 6 dekad temu dostarczyć do trajektorii doksiężycowej blisko 44-48 ton ładunku. SLS w podstawowej wersji Block 1, teraz już jedynej jaką NASA planuje utrzymać w użyciu, z całym tym swoim "dziedzictwem" i miliardami dolarów wpompowanymi w modernizację części, potrafi przepchnąć w stronę Księżyca zaledwie 28 ton masy startowej Oriona wraz z europejskim modułem serwisowym (ESM). Wszystko przez architektoniczny kompromis jakim jest słaby, górny stopień (jak tymczasowy ICPS - Interim Cryogenic Propulsion Stage). Otrzymaliśmy zatem może efektowniejszą, choć kilkukrotnie droższą rakietę, która jest o wiele mniej wydajna od swojej babci sprzed pół wieku.

Kiedy mowa o ekonomii programu, wkraczamy w sferę czystej fantastyki finansowej. Raporty Biura Inspektora Generalnego (OIG) są w tej kwestii bezlitosne: jeden start systemu SLS/Orion już w roku 2021 (raport IG-22-003)* wynosił 4,1 miliarda dolarów, ta sama wartość dotyczy startu Artemis 2 i tyle samo jest prognozowane dla kolejnych dwóch lotów. Aby uświadomić sobie skalę tego szaleństwa, warto zauważyć, że za cenę jednorazowego wyrzucenia do oceanu tej potężnej konstrukcji, można by sfinansować dziesiątki misji bezzałogowych lub kilkanaście startów rakiet komercyjnych nowej generacji. Pieniądze te nie idą jednak na innowacje, lecz na podtrzymywanie przy życiu biurokratycznej machiny i kontraktów typu "cost-plus" np. z Boeingiem czy Aerojet Rocketdyne, które premiują opóźnienia i wzrost kosztów. W tym modelu bowiem to NASA pokrywa wszystkie koszty, które wygeneruje wykonawca, oraz dopłaca mu gwarantowany procent zysku. Krytycy i sam OIG wprost wskazują, że to patologia, która premiuje opóźnienia - im dłużej firma buduje i im więcej marnuje, tym większy ostatecznie dostaje zwrot od rządu.

 
 
Start rakiety SLS Block 1 w ramach Artemis 2 z 01.04.2026 r. Credit: NASA


Współczesna narracja często pomija te liczby, skupiając się na emocjach i historycznym znaczeniu. Jednak wyłączając emocje, te ponad 4 miliardy dolarów (zgodnie z raportami Biura Inspektora Generalnego NASA) za przelot obok Księżyca to dowód na znaczny regres zdolności agencji w efektywnym zarządzaniu projektami. Program Apollo, przy wszystkich swoich kosztach, był inwestycją w nową infrastrukturę, nową wiedzę i autentyczne przecieranie nowych szlaków. Artemis pozostaje natomiast kosztowną formą odtwarzania zdolności sprzed dekad i podtrzymywania miejsc pracy w okręgach wyborczych kluczowych senatorów, przy użyciu technologii, która była przestarzała jeszcze przed debiutem by udowodnić zdolność Amerykanów do powtórki sukcesów ubiegłego wieku - bez spójnej i konsekwentnie utrzymywanej wizji przyszłości eksploracji. Ta wizja zmienia się częściej niż lokator Białego Domu. Jest tak uzależniona od zmienności politycznych wiatrów, że pojawiające się niekiedy pytania "po grzyba to wszystko?" nie są aż tak głupie, jak pozornie mogłoby się wydawać. Rekonstrukcja historii dla samej siebie - zwłaszcza w takim wydaniu - nie ma nic wspólnego z realnym postępem, jeśli wystarczy jeden podpis amerykańskich decydentów, by po zmarnowaniu lat i miliardów dolarów dotychczasowy cel programu po prostu przestał istnieć.

Jednym z większych przykładów niegospodarności i logistycznego chaosu, o czym dziś tylko parę zdań by nie dublować marcowego felietonu, jest historia wieży startowej ML-2 (Mobile Launcher) projektowanej z myślą o potężniejszych, towarowych wariantach rakiet SLS, na flocie których oparto założenia programu Artemis. Podczas gdy ML-1, po latach opóźnień i modyfikacji kosztujących łącznie blisko miliard dolarów, zdołała w końcu obsłużyć start Artemis 2, los jej następczyni, ML-2, stał się symbolem porażki. Jeszcze niedawno NASA planowała budowę ML-2 za kwotę szacowaną na 1,8 do 2,7 miliarda dolarów, jednak w lutym 2026 roku, podczas konferencji, NASA ogłosiła anulowanie planów budowy ML-2 oraz rezygnację z potężniejszego stopnia EUS (Exploration Upper Stage). Agencja zdecydowała się zatem ograniczyć plan lotów SLS do podstawowego wariantu Block 1, rezygnując z ambicji posiadania rakiety zdolnej realnie konkurować z Saturnem V pod względem udźwigu na na trajektorię doksiężycową.

  
Start rakiety SLS Block 1 w ramach Artemis 2 z 01.04.2026 r. Credit: NASA


Inne oblicze rekordu

Przebieg lotu Artemis 2 od początku uderzał skrajną, współczesną ostrożnością, której w Apollo 8 próżno było szukać. Po starcie 1 kwietnia 2026 roku Orion nie ruszył od razu w stronę Księżyca. Zamiast tego astronauci musieli "odczekać swoje" spędzając pełną dobę na wysokiej, eliptycznej orbicie okołoziemskiej i wykonując jedno, kontrolne okrążenie z apogeum ponad 40 000 kilometrów. Wszystko po to, by upewnić się, że systemy podtrzymywania życia na pewno nie zawiodą w głębokiej przestrzeni. Dla porównania, w 1968 roku załoga Apollo 8 spędziła na orbicie parkingowej niespełna 3 godziny, po czym bez wahania odpaliła silnik czyniąc manewr "wstrzyknięcia" (TLI) prosto w stronę Księżyca. Pionierzy sprzed pół wieku nie potrzebowali "doby na sprawdzenie klimatyzacji" - oni po prostu lecieli i robili swoje jak w latach smutnie minionej, największej sprawności NASA.

Dziś, z wypiekami na twarzy relacjonowano moment, w którym 6 kwietnia 2026 roku załoga Artemis 2 pobiła rekord odległości od Ziemi ustanowiony jak dotąd podczas dramatycznej misji Apollo 13, o której pisałem przy okazji zeszłorocznej 30. rocznicy jej ekranizacji - równie udanej jak dokonania personelu NASA w ratowaniu załogi. To rzeczywiście prawda - Orion oddalił się o około 6,5 tysiąca kilometrów dalej w głąb kosmosu niż pechowa misja z 1970 roku, osiągając w apogeum dystans na poziomie 406 771 km. To daje do myślenia i działa na wyobraźnię, zwłaszcza gdy uświadomimy sobie, jak przez ostatnie sześć dekad tego "ultra-postępu" ludzkość ugrzęzła na niskiej orbicie okołoziemskiej, oddalając się przez ten czas od naszej planety mniej, niż gdańszczanin jadący na urlop w Tatry oddala się od swojego rodzinnego miasta. Prawda, że i takie stwierdzenie robi wrażenie, gdyby się nad nim chwilę zastanowić? Szkoda tylko, że jedynie przygnębiające.

Wymowny jest też sam kontekst, w jakim padł poprzedni rekord. Załoga Apollo 13 oddaliła się najdalej od Ziemi nie w ramach zaplanowanego wyczynu, lecz w wyniku awarii zbiornika kriogenicznego, która zmusiła ją do pominięcia lądowania na rzecz okrążenia Księżyca po szerokim łuku, by w ogóle wrócić żywym na Ziemię. Rekord, którego nie pobito do 6 kwietnia 2026 roku, narodził się więc z tragicznego przymusu i desperackiej improwizacji w warunkach zagrożenia życia, a nie z zaprojektowanej z wyprzedzeniem trajektorii mającej jedynie zmaksymalizować efekt medialny. Artemis 2 ustanowiła swój rekord, można powiedzieć, niejako "na chłodno", co stawia oba osiągnięcia w zupełnie innym świetle.

Jednak szkopuł tkwi w szczegółach: ten rekord to jedynie pewna manipulacja geometryczna i czysty przypadek kalendarzowy. Wynika on wyłącznie z faktu, w którym momencie miesiąca Księżyc znalazł się na swojej eliptycznej orbicie (7 kwietnia znalazł się w apogeum), a nie z technologicznego przełomu. Co gorsze, aby zminimalizować ryzyko, NASA wybrała dla Oriona skrajnie wysoką trajektorię. Statek przemknął ponad 6,5 tysiąca kilometrów nad powierzchnią Srebrnego Globu, omijając go szerokim łukiem.

Różnica w podejściu do eksploracji w porównaniu z historią jest szczególnie wymowna. Załoga Apollo 8 niemal "szorowała" brzuchem statku o księżycowe góry 111 km nad nimi, dostarczając ludzkości pierwszych, niemal intymnych obrazów obcej powierzchni. Załoga Artemis 2, zamknięta w swojej zachowawczej trajektorii swobodnego powrotu, oglądała Księżyc z bezpiecznego dystansu paru tysięcy kilometrów. Oficjalnie sprzedano już to jako unikalną perspektywę i załogowy rekord wszechczasów dając internautom jako lizaka obszerną galerię zdjęć, podczas gdy w rzeczywistości był to po prostu najbezpieczniejszy i najmniej wymagający energetycznie sposób na zrobienie pętli, uciekający od ryzykownego odpalania silnika w celu wejścia na orbitę wokółksiężycową i późniejszej niepewności związanej z jej opuszczeniem.


"Moon joy": Nowomowa jako lekarstwo na brak postępu

Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie jednym z najbardziej irytujących aspektów lotu Artemis 2 był, co tu ukrywać, dość agresywny marketing emocjonalny, którego symbolem stał się sztucznie wykreowany termin Moonjoy. Jako stroniący od social mediów jak się tylko da, nie wiedziałem z początku o co chodzi, po czym okazało się, że machina PR-owa stojąca za NASA zaczęła usilnie promować to hasło jako coś w stylu intensywnego szczęścia i ekscytacji, które pochodzi wyłącznie z misji na Księżyc, kładąc zarazem nacisk na "pierwsze" w załodze (pierwsza kobieta, pierwsza osoba czarnoskóra, pierwszy nie-Amerykanin w głębokim kosmosie). Amerykańska agencja zalała największego dziś pożeracza czasu tzw. hashtagami próbując wykreować atmosferę globalnego święta, co w zestawieniu z realnymi dokonaniami lotu, pamiętając o osiągnięciach z 1968 roku, wyglądało na próbę odwrócenia uwagi od technicznych realiów misji i faktu, że technicznie lot ten nie wniósł nic, czego już nie zrobiono lepiej w czasach, gdy komputery zajmowały całe pokoje.

Ziemia z pokładu Oriona sfotografowana 3 dni od startu podczas lotu w kierunku Księżyca. Widok od strony nocnej - dzienna część "po drugiej stronie" zwiastowana jedynie wąskim sierpem podświetlonej przez Słońce atmosfery, podczas gdy część nocna to efekt analogiczny do światła popielatego Księżyca około nowiu: w tym wypadku odwrotnie tj. wskutek odbicia promieni świetlnych od naszego satelity. Widoczny fragment Afryki oraz co kluczowe z punktu widzenia tego bloga: zorze polarne nad każdym z biegunów. W tym czasie mieliśmy do czynienia z silną burzą magnetyczną kategorii G3. Credit: NASA


Podczas gdy w 1968 roku załoga Apollo 8 autentycznie zaskoczyła świat, czytając fragmenty Księgi Rodzaju w Wigilię Bożego Narodzenia, co było gestem tak głębokim jak i kulturotwórczym, załoga Artemis 2 została w pewnym stopniu uwikłana w reżyserowany spektakl "inkluzywności". Mnie naprawdę ani grzeje, ani ziębi obecność pierwszej kobiety czy osoby o innym kolorze skóry w nieco głębszym kosmosie, niż orbita okołoziemska, a robienie z tego jednego z głównych założeń programu, na początku było śmieszne, a dziś już tylko nuży. Wolałbym, żebym taka agencja poświęcała więcej uwagi innym kwestiom. 
Może opracowanie niezawodnej bez względu na trajektorię powrotu osłony termicznej, systemów podtrzymywania życia czy redukcja kosztów programu nie są aż tak ważne, co odhaczanie check-listy różnorodności, ale zakładam, że dowolna agencja aeronautyki, bez względu na kraj funkcjonowania, byłaby w stanie ustalić listę... jednak odrobinę większych do ogarnięcia priorytetów dla księżycowego programu.

Po tym, jak wielokrotnie zdarzało mi się zagłębiać w historię lotów Apollo, kwietniowe zachwyty różnych redakcji czy zwykłych miłośników tematu wyglądały mi na jakiś rodzaj zbiorowej amnezji. Sam również nie żyłem w epoce Apollo, nie widziałem nigdy na żywo misji załogowej odleglejszej, niż serwisowanie Kosmicznego Teleskopu Hubble'a orbitującego tylko nieco ponad 130 km wyżej niż ISS, więc teoretycznie też powinienem bez krzty znudzenia nie odrywać oczu od transmisji NASA. A jednak komentarze i atmosfera jaką oprawiono ten lot sprawiały, że czułem przeważnie jakąś pustkę. Przekazy z Artemis 2 sugerowały (rzecz jasna nie dosłownie) jakby wcześniej nikt nigdy nie widział wschodu Ziemi ani sfotografował odległej strony Księżyca, o sześciu załogowych lądowaniach na Srebrnym Globie nie wspominając. Takie niewypowiedziane wprost zapominanie o dorobku Apollo 8 równa się formie kulturowego negacjonizmu, jakby dla wykreowania otoczki pozwalającej świętować namiastkę tamtego sukcesu jako równie wielkiego tryumfu. Jeśli bowiem dla oblotu Księżyca bez skomplikowanych manewrów orbitalnych dziennikarzom czy popularyzatorom brakuje słów w rozpływaniu się nad lotem, to co oni zrobią kiedy już faktycznie człowiekowi uda się ponownie tam wylądować? Wygląda na to, że bez wydania nowych słowników się nie obejdzie.

    
Ziemia ponad księżycowym horyzontem i jego odległa strona z pokładu Oriona w Artemis 2. U dołu: całkowite zaćmienie Słońca; po lewej widoczne planety: Saturn, Mars i Merkury. Po prawej załoga Artemis 2 i Rise na pokładzie Oriona. Credit: NASA 


Z kolei część miłośników, prawdopodobnie tak spragnionych powrotu na Księżyc, jak się okazało łatwo straciła umiar w zachwycie, jakby kompletnie wymazując z pamięci loty Apollo lub ciesząc się z namiastki tamtych dokonań tylko dlatego, że teraz dzieje się to za ich życia. Uważam jednak, że czym innym jest docenienie takiego lotu w ograniczonych ramach realizmu, np. jako krok do przodu po stu krokach w tył (jak ugrzęźnięcie na niskiej orbicie wokółziemskiej przez sześć dekad), a czym innym trudne do zrozumienia przecenienie, jak gdyby przed lotami na Mir czy ISS nie było niczego więcej. Naprawdę warto to rozdzielić: szacunek dla wysiłku inżynierów i odwagi astronautów to jedno; wyolbrzymianie w gruncie rzeczy skromnego dokonania NASA na tle choćby samej jednej tylko misji Apollo 8 - to już zupełnie inna bajka. Tymczasem skala egzaltacji nad Artemis 2 przy jednoczesnym ignorowaniu faktu, że 58 lat temu zrobiono to lepiej, szybciej, mądrzej i w znacznie bardziej zaawansowany sposób, była tragikomiczna.

Mimo groteskowych nakładów finansowych, Artemis 2 borykała się z problemami, które nawet w epoce Apollo zostałyby uznane za kompromitujące. Najlepszym przykładem jest wspomniana w poprzednim tekście kwestia osłony termicznej statku Orion. Po bezzałogowym teście Artemis 1 odkryto, że materiał ablacyjny (avcoat) nie spalał się tak, jak przewidywały modele, lecz odpadał płatami, tworząc niebezpieczne ubytki. NASA, zamiast przeprojektować osłonę, postanowiła znów - niczym w swoich najgorszych latach - "zarządzać ryzykiem" poprzez zmianę trajektorii powrotu na Artemis 2. Aby ratować wadliwą konstrukcję, zmodyfikowano zaawansowaną technikę "skip entry" na rzecz bardziej stromego i agresywnego wejścia w atmosferę z jedynie niewielkim wzniesieniem po drodze. Skrócono przez to czas, w którym kapsuła po pierwszym nurkowaniu chłodziła się przed ostatecznym opadaniem, fundując załodze potężniejsze przeciążenia, byle tylko zmusić nieszczelną osłonę do ciągłego, gwałtownego wypalania gazów, co całościowo skróciło czas wystawienia osłony na ciepło.

Szczęśliwie założenie okazało się słuszne: astronauci bezpiecznie przedostali się przez atmosferę i zwodowali cali i zdrowi w Pacyfiku po kilkunastu minutach piekielnego testu osłony termicznej. Nie dowiemy się jednak na ile sukces był efektem dobrze, tym razem, oszacowanego marginesu bezpieczeństwa, a na ile był to łut szczęścia, jak choćby na podobieństwo misji STS-27, gdy Atlantis wrócił na Ziemię z ponad 700 uszkodzonymi płytkami termicznymi. Jedna z nich odpadła całkowicie, wystawiając delikatną strukturę skrzydła na ekstremalną temperaturę plazmy. Wtedy przed katastrofą astronautów uratował czysty przypadek - pod brakującą płytką znajdowała się gruba, stalowa płyta wojskowej anteny, której plazma jakimś cudem nie przepaliła na wylot. Misja z 1988 roku była ściśle tajna, realizowana dla Departamentu Obrony USA, przez co załoga przesyłała obrazy szyfrowanym łączem o niskiej jakości, co z kolei sprawiło, że technicy NASA uznali, że problemy w osłonie termicznej to jedynie gra świateł i cieni, całkowicie ignorując powagę uszkodzeń. Prom bezpiecznie wylądował. Niewątpliwie jednak między innymi dzięki tej "wątpliwej jakości" powrotowi Atlantisa, 15 lat później łatwiej było zlekceważyć uderzenie piankowej izolacji w osłonę termiczną krawędzi natarcia lewego skrzydła Columbii podczas startu. W efekcie podczas powrotu do atmosfery NASA straciła swój drugi po Challengerze wahadłowiec, a co gorsza kolejnych siedmiu astronautów.

  
Wodowanie Oriona po teście Artemis 2 i podejmowanie załogi przez służby ratunkowe. Credit: NASA


Jedną z najjaśniejszych, acz niepożądanych, gwiazd Artemis 2, które szybko wprosiły się na scenę w już pierwszych aktach lotu, była też niewątpliwie toaleta. Uniwersalny system gospodarki odpadami (UWMS), kosztujący 23 miliony dolarów, zepsuł się już w pierwszej dobie lotu. Zablokowany wentylator sprawił, że najbardziej zaawansowany kosmiczny "tron" stał się bezużyteczny dla płynnych nieczystości, zmuszając załogę do korzystania z awaryjnych worków na mocz i systemów zbiórki odpadów - dokładnie tej samej technologii, z której śmiali się krytycy programu Apollo. Załoga poradziła sobie z tą sytuacją z pełnym, profesjonalnym opanowaniem - działając zgodnie z procedurami, astronauci zrobili po prostu to, do czego zostali powołani. I żeby nie było: kosmiczna hydraulika to prawdziwy koszmarek, a toalety psuły się już na promach kosmicznych czy nawet w nowoczesnych Dragonach od SpaceX. Rzecz w tym, że w programie, który wydaje 23 miliony dolarów na tego typu komfort, a jednocześnie boi się ryzyka nawigacyjnego obcinając plan lotu do banalnej pętli, awaria toalety w pierwszej dobie staje się chyba najmniej pożądanym, niewygodnym komentarzem podsuwanym nam przez sam los.

Choć NASA próbowała przekuć ten incydent w sukces marketingowy, sedesowa prawda jest dla samej agencji brutalna: po 58 latach postępu technologicznego i wydaniu fortuny na "komfort załogi", czterech wysokiej klasy astronautów zmuszono do spędzenia szeregu godzin na dłubaniu w systemie kanalizacyjnym "statku nowej generacji" tak "bezpiecznego" i tak "sprawdzonego", że w planie lotu zrezygnowano z jakichkolwiek trudniejszych manewrów orbitalnych. W 1968 roku astronauci po prostu akceptowali brak toalety jako cenę za absolutnie pionierski lot w nieznane. W 2026 roku załoga dostała toaletę w cenie luksusowej willi, która i tak zawiodła, co pozwalam sobie uznać za niechcący trafną metaforę programu i sposobu działania NASA, dzięki której nie trzeba już wymyślać innej.

Drugi lot testowy programu Artemis zakończył się sukcesem - statek Orion, w tym teście nazwany "Integrity", zwodował bezpiecznie w Pacyfiku, załoga pouśmiechała się do kamer i szczęśliwie wróciła do rodzin, a menadżerów NASA przepełniła duma co najmniej jak gdyby skolonizowano Marsa. Jednak po opadnięciu kurzu i wyciszeniu hashtagów, co pozostaje? Agencja wydała kolejne miliardy dolarów na start rakiety i statku z systemami tak niezaufanymi, że zaniechano trudnych operacji rodem z Apollo 8, wysyłając czworo ludzi w podróż z psującą się toaletą i widokiem na Księżyc z bezpiecznego dystansu, jaki przez okna Oriona był wielokrotnie mniejszy od tego, który widzieli ich poprzednicy ponad pół wieku temu.

 
Porównanie schematu lotu Artemis 2 i Apollo 8. Podczas gdy załoga Oriona dokonała jednorazowego oblotu Księżyca po trajektorii swobodnego powrotu gwarantującej powrót w kierunku Ziemi, astronauci Apollo 8 dokonali wejścia na orbitę wokółksiężycową okrążając naszego satelitę 10 razy około 111 km nad jego powierzchnią, po czym przeprowadzili manewr opuszczenia orbity kierując się z powrotem ku Ziemi. Zarówno LOI (lunar-orbit insertion) jak i TEI (trans-Earth injection) były manewrami dającymi załodze tylko jedną szansę na poprawne przeprowadzenie odpaleń, podczas gdyby w razie niewłaściwej pracy systemu napędowego najprawdopodobniej skończyłyby się tragedią bez realnej szansy ocalenia dla astronautów (brak lądownika, który można by wykorzystać jako szalupę ratunkową na podobieństwo lotu Apollo 13). Credit: NASA

 

Artemis 3: rekonstrukcja historyczna Apollo 9 za kolejne miliardy władowane w lot na... LEO

Najbardziej gorzkim elementem aktualnej strategii NASA jest zmiana planów dotyczących lotów Artemis 3 i 4. Po wspomnianej konferencji z przełomu lutego i marca 2026 roku, agencja wreszcie zdobyła się na maciupeńką odrobinę prawdy oficjalnie przyznając, że lądowanie na Księżycu w ramach Artemis 3 jest nierealne.

Zamiast tego, trzeci lot ma się stać jedynie lotem na niską orbitę okołoziemską (LEO), aktualnie przesuniętym do nie wcześniej, niż końca 2027 roku. Zadaniem załogi Oriona będzie jedynie spotkanie i dokowanie z lądownikiem HLS-Starship od SpaceX i (lub) Blue Moon od Blue Origin na niskiej orbicie wokół Ziemi, by sprawdzić systemy podtrzymywania życia, śluzy, operacje tankowań i dokowań. To akurat rozsądne by przetestować tego typu procedury w bliskim otoczeniu Ziemi zanim wyśle się załogę na Księżyc, ale w tych ewentualnych zachwytach nad "racjonalizmem" i "dbaniem o bezpieczeństwo" warto oddzielić normalne bezpieczeństwo, jakie winno być od początku systemowo wpisane w program, od pijarowo strategicznego wycofu w formie zawoalowanego przyznania, że pierwotny harmonogram stanowił bajki z mchu i paproci.

Schemat trzeciego testu to z założenia dobitna rekonstrukcja misji Apollo 9 z 1969 roku. Różnica polega na tym, że w 1969 roku taki lot był logicznym i błyskawicznym krokiem wykonanym w kilka miesięcy po Apollo 8, w ramach którego jedna rakieta w trakcie jednego lotu wynosi 100% docelowego księżycowego sprzętu planowanego w załogowym lądowaniu. W ramach Artemis z kolei będzie to marnowanie kolejnych lat i miliardów dolarów na testy, które przy użyciu komercyjnych rakiet można by wykonać za ułamek tej kwoty, gdyby tylko Orion nie był intencjonalnie projektowany na sposób uzależniający go od architektury SLS. To będzie istny logistyczny absurd: uruchomienie SLS, potężnej rakiety zaprojektowanej pod głęboki kosmos - do wykonania przez Oriona zadania tuż nad Ziemią, które z powodzeniem realizują dziś tanie komercyjne taksówki typu Crew Dragon, w budżecie, przy którym koszt lotu SLS jawi się jako patologia doskonała. Tak oto NASA planuje trzeci lot gigantycznej i najbardziej nieekonomicznej w historii rakiety księżycowej tylko po to, aby wynieść za jej pomocą samego Oriona zaledwie na niską orbitę wokółziemską, podczas gdy cała reszta księżycowego osprzętu wyniesiona ma zostać przez SpaceX i/lub Blue Origin, zależnie od tempa przygotowań przez obie firmy (obecnie właściwie tylko jedną, co za chwilę rozwinę).

Lądowanie księżycowe zostało przesunięte na Artemis 4 w 2028 roku, o którym jednak sugeruję zaglądającym tutaj czytelnikom jak najszybciej zapomnieć. Realizacja tego celu wymaga bowiem nie tylko sprawnego statku Starship, ale także opanowania technologii wielokrotnych startów "tankowców" w celu kriogenicznego tankowania na orbicie, budowy nowych skafandrów AxEMU (tworzonych przez Axiom Space), które mogą nie zostać ukończone w tej dekadzie oraz alternatywnego lądownika Blue Moon, który wciąż jest w powijakach, a sam koncern Blue Origin, o czym dobitnie przekonaliśmy się dwukrotnie w krótkim czasie - podczas kwietniowej awarii rakiety New Glenn, która zmarnowała komercyjnego satelitę nie docierając na orbitę i w maju podczas testu statycznego silników, powodującego największą od dekad eksplozję na Przylądku Canaveral - wciąż miewa problemy nie tylko z wyniesieniem ładunku na orbitę, ale nawet w ramach naziemnych testów, będąc daleko za rutynowym wynoszeniem satelitów przez SpaceX.

Eksplozja z 28 maja o wyglądzie przypominającym mały test nuklearny podczas próbnego odpalenia silników wysokiej jak SLS rakiety New Glenn stanowi niezamierzone zastosowanie przez Blue Origin opcji atomowej dla programu Artemis - wizualnie i dosłownie. Koncern Jeffa Bezosa zaledwie tydzień przed majową katastrofą na stanowisku startowym uzyskał kontrakt od NASA na rozwój infrastruktury bazy księżycowej i lądowników załogowych, które miały stanowić alternatywę dla opcji rozwijanej przez SpaceX. W zależności od tego, któremu z podmiotów przygotowania do Artemis 3 przebiegałyby sprawniej, NASA planowała wybrać jedną z opcji jako próbę generalną przed czwartym lotem programu już z załogowym lądowaniem na Księżycu. Tyle, że bez stanowiska startowego, którego naprawa potrwa od kilku miesięcy do być może dwóch lat, koncern Bezosa utracił możliwość wystrzeliwania swojej rakiety i całego księżycowego sprzętu, obecnie tak to trzeba ująć - bezterminowo.

Majowa eksplozja na stanowisku startowym to dla programu Artemis zdarzenie o rzędy wielkości gorsze, niż niedostarczenie komercyjnego ładunku na orbitę w kwietniu czy liczne eksplozje rakiety Super Heavy i statków Starship podczas testów IFT dokonywanych przez SpaceX, często celowo branych pod uwagę w ramach odkrywania punktów krytycznych konstrukcji. Z początkowych zapewnień właściciela Blue Origin mówiących o powrocie do lotów w ciągu roku i reakcji na te słowa w sieci, także branżowej, mam wrażenie, że nadal nie wszyscy pojmują wagę tego zdarzenia. Myślenie życzeniowe nie wyprze rzeczywistości. Kompleks LC-36 był jedynym, który Blue Origin posiadał, co na razie całkowicie uziemia koncern, przekierowując jego wszelkie zasoby na przywrócenie stanowiska startowego i rzuca poważny cień zarówno na bezpieczeństwo rakiet New Glenn, od których lądowniki Blue Moon są uzależnione jak i na ogólną kontrolę jakości w firmie. Oczekiwanie, że koncern zdoła przygotować stanowisko, a następnie jeszcze przejść żmudną kampanię testową by udowodnić NASA i Federalnej Agencji Lotnictwa (FAA), że jest już w stanie bezpiecznie latać, rozwinąć i przetestować księżycowe lądowniki na potrzeby Artemis 3, i to wszystko przed końcem 2027 roku, jest po prostu mrzonką.

Samo zaś SpaceX również jest daleko w polu przed ogarnięciem swojej technologii do stanu mogącego budzić zaufanie z perspektywy polityki bezpieczeństwa NASA w załogowej misji poza niską orbitę okołoziemską. Za kilka dni przekroczymy półmetek roku, w którym zaplanowane są jeszcze tylko 3 loty testowe zestawu Super Heavy-Starship. Majowy lot IFT-12 - pierwszy z wykorzystaniem trzeciej wersji rakiety i statku z nowego stanowiska startowego, przyniósł kilka udanych elementów, przede wszystkim sukces pracy nowych, potężniejszych silników Raptor V3, uwolnienie symulowanego ładunku, tj. satelitów Starlink na trajektorii suborbitalnej, zauważalnie lepszy stan osłony termicznej po powrocie do atmosfery, ale to wciąż nie jest gotowość operacyjna. Jeden z Raptorów Starshipa zawiódł w drugiej części startu, co wymusiło dłuższą o minutę pracę pozostałych pięciu silników. Zaniechano próby odpalenia nowego Raptora w próżni. Utracono kontrolę nad powracającym pierwszym stopniem Super Heavy po nieprawidłowym manewrze powrotu po separacji statku, w wyniku którego nastąpiła kaskadowa awaria kilkunastu sąsiednich silników skazując pierwszy stopień na stratę długo przed zbliżeniem się do wód zatoki.

Nie wszystkie z docelowych walorów Starshipa muszą zostać opanowane do czasu Artemis 3, ale kilka "kamieni milowych" SpaceX musi osiągnąć by zostać wybranym do lądowania w Artemis 4: cumowanie statków na orbicie, transfery ogromnej ilości kriogenicznych materiałów pędnych w warunkach nieważkości między jednym a drugim pojazdem, testy Starshipa w wersji księżycowego lądownika, którego SpaceX nie zaczął testować, bo... nie zaczął nawet budować. A gdzie ich reużywalność po paru godzinach z tej samej wyrzutni, by zaopatrzyć w paliwo obecnego już w kosmosie tankowca, gdy jedna misja będzie wymagała kilku-kilkunastu lotów? 2028? Serio? Jakimi analizami kieruje się kierownictwo NASA, zapowiadając ten termin z kamienną twarzą i to jeszcze dziś, po majowej eksplozji rakiety New Glenn, która nie może nie wpłynąć na harmonogram programu?

Traktowanie tych zapowiedzi z pełną powagą wymaga albo potężnej dawki naiwności, albo całkowitego wyzbycia się resztek realizmu. Warto sobie to uzmysłowić, nawet jeśli to boli: NASA marnuje lata i miliardy na zwykłe odtwarzanie krok po kroku ścieżki, którą w pięknym stylu przebyto dekady temu, tyle że dziś w o wiele gorszym tempie, przy fatalnych założeniach polegania na komercyjnych podmiotach z rozwiązaniami o całym szeregu chorób wieku dziecięcego i astronomicznych kosztach, sprawiających, że program Apollo to przy Artemis wzór oszczędności i postępu. I choć nikt nikogo nie zmuszał do wyboru tak karkołomnej architektury, gdzie lądownik wymaga wielokrotnych startów tankowców, agencja postawiła na chyba najtrudniejszą logistycznie ścieżkę z firmami prywatnymi, być może także po to, by zakamuflować własną niemoc w zbudowaniu kompletnego systemu i mieć "partnerów do bicia" za krytykę opóźnień.

 
Orion po wodowaniu w Artemis 2 i podejmowanie załogi przez służby ratunkowe. Credit: NASA


Reasumując...

Niektórzy z Was pytali tu i ówdzie, dlaczego na blogu podczas trwania Artemis 2 nie pojawiło się więcej tekstów o tym "locie dekady", zwłaszcza, że w trakcie Artemis 1 nawet był tu prowadzony blog na żywo. Odpowiedź jest prosta i po części zawarta w tytule dzisiejszego felietonu: nie potrafię zachwycać się namiastką i to w ten sposób serwowaną. Mogąc dokładnie przewidzieć jak wszędzie relacjonowana będzie Artemis 2 postanowiłem Wam tego oszczędzić, choć z drugiej strony nawet gdybym chciał - to Słońce jako główny bohater tutejszych tekstów, dostarczało nam w tym samym czasie zbyt wiele zjawisk mających tu pierwszeństwo, żebym dał radę zająć się wszystkim. Tak, był tu blog na żywo w Artemis 1 i wiele tekstów przed i w trakcie lotu sprzed 3,5 roku. Kiedy rakieta SLS pierwszy raz wystartowała, tliła się we mnie jakaś mikro-nadzieja, że być może program nabierze wiatru w żagle, ale krótko po zwodowaniu Oriona i ogłoszeniu przez NASA nowych-starych zamierzeń przemilczanych przed lotem wiedziałem już, że o tej dekadzie możemy zapomnieć, skąd już po finale pierwszego lotu tekst go podsumowujący zatytułowałem tak, jak zatytułowałem...

Ponadto gdybym teraz pisał o Artemis 2 w tonie równie entuzjastycznym, co w innych źródłach, czułbym się, jakbym w jakimś stopniu okradał załogę Apollo 8 z ich zasłużonej chwały. Bo widzicie, ja po prostu nie wątpię, że NASA autentycznie zdobyła Księżyc w latach 60. i 70. Podziwiam geniusz von Brauna, odwagę Bormana, Lovella, Armstronga i wielu innych postaci tego programu; sprawność inżynierów z Houston, którzy w dekadę przeszli od zupełnego braku rakiety do sześciokrotnych lądowań załogowych na innym ciele niebieskim (i to na przestrzeni ledwie 3,5 roku między 11. a 17. misją programu). Lądowań, nie oblotów po bezpiecznej trajektorii gwarantującej powrót. Patrząc zaś na Artemis 2, ale jednocześnie zachowując możliwie szeroki kontekst całego programu, widzę smutne oddalenie się od tamtej sprawczości.

Widzę agencję, która potrzebuje prawie 60 lat, by powtórzyć fragment z lotu Apollo 8, bez trwałego wchodzenia na orbitę wokółksiężycową, robiącą to w sposób skrajnie nieefektywny i drogi, a do tego, co dla mnie najbardziej wkurzające, doprawiony momentami tak siermiężną propagandą, jak gdyby chciano powiedzieć, że NASA naprawdę przeciera ten szlak po raz pierwszy. Ci sami dziennikarze lub popularyzatorzy, dziś dostający ekstazy nad wielkością sukcesu Artemis 2 - jutro będą się głupio dziwić, dlaczego środowiska negacjonistów programu Apollo mają tyle energii do działania. A jak mają jej nie mieć? Oni w moment podchwytują takie niespójności jak kreowanie z Artemis 2 - lotu nieporównywalnego z sześciokrotnym posadzeniem astronautów na Księżycu technologią lat 60. XX wieku - jako wydarzenia porównywalnej czy większej wagi. Dla nich spektakl jaki zrobiono z Artemis 2 przez ten brak wyważenia oceny, to jak prezent od losu. Sceptycy od lat karmią się narracją, że skoro dziś powrót na Księżyc jest tak potwornie trudny, drogi, rozciągnięty w czasie i realizowany jak na załączonym obrazku, to cała akcja z lat 60. musiała być mistyfikacją.

Dołączenie do tej wszechobecnej ekstazy byłoby przyjęciem narracji, że lot ten, tylko dlatego, że pierwszy tego rodzaju dla obecnego pokolenia jest pionierski czy przełomowy, co sugerowałoby, że Apollo 8 albo się nie wydarzyło, albo było tak dawno, że można o nim zapomnieć. Byle tylko odsunąć sprzed oczu ten punkt odniesienia - punkt niewygodny, bo dający skalę zmuszającą do realistycznej i bolesnej oceny kwietniowego osiągnięcia. Ponieważ jednak szanuję historię, nie będę popadać w nieracjonalną egzaltację nad powtórzeniem po 58 latach małego wycinka z lotu Apollo 8 by uznawać go za przełom na miarę pierwowzoru, zwłaszcza patrząc na program z szerokiej perspektywy, niż poprzestając na zdjęciu czy wideo wschodu Ziemi nagranego z pokładu Oriona. Artemis 2 była w pewnym sensie lotem dla pokolenia TikToka - pełnym kolorowych streamów, inkluzywnych haseł i marketingowego szumu, ale pustym w środku, jeśli chodzi o realny postęp technologiczny czy logistyczny.

Gdyby bowiem astronauci Apollo 8 wiedzieli w momencie swojego lotu, że za sześć dekad świat dziennikarski i miłośniczy straci wszelki umiar w zachwytach nad znacznie mniej skomplikowanym lotem wokół Księżyca, niż ich misja, a zamiast wymiany stałej załogi w marsjańskim habitacie NASA będzie kalkulować o ile Apollo 8-bis w wersji demo, przybliży załogowy powrót na Księżyc po ponad półwieczu uwięzienia na 400 kilometrach ponad Ziemią, ich duma z pewnością ustąpiłaby miejsca gorzkiemu rozczarowaniu.

Następna w kolejce Artemis 3. Kolejny remake (widać modą na rimejki z Hollywood zaraziła się też NASA), w ramach którego agencja dokona historycznej rekonstrukcji misji Apollo 9, angażując za kolejne 4 miliardy dolarów najdroższą w dziejach rakietę księżycową do lotu na zaledwie niską orbitę okołoziemską, spisaną na stratę po ośmiu minutach lotu. Jeśli tak ma wyglądać "powrót na Księżyc", to być może rzeczywiście lepiej byłoby pozostać przy czytaniu starych raportów z czasów Apollo, w których czuć autentyczny zapach postępu i ducha pionierów, zamiast głównie wątpliwej przyjemności aromaty z kapryśnej toalety i niespełnianych, bo od początku nierealnych terminowo, technologicznie i ekonomicznie, obietnic. Uroczy zaś Rise, według mnie absolutnie najbardziej sympatyczna maskotka w dziejach NASA, której postanowiłem udzielić honorowego miejsca dla głównego zdjęcia - to najlepsza rzecz, jaką z tego lotu zapamiętam. 


  f    t    yt   Bądź na bieżąco z tekstami, zapowiedziami, alarmami zorzowymi i wiele więcej - dołącz do stałych czytelników bloga na Facebooku, obserwuj blog na Twitterze, subskrybuj materiały na kanale YouTube lub zapisz się do Newslettera.

Komentarze