A teraz coś z zupełnie innej beczki: lecimy na Księżyc. To jest, jedziemy. Do hangaru. Nawet dojechaliśmy.

Credit: NASA/BBC
Cztery lata temu, tuż po tym, jak statek kosmiczny Orion w końcu raczył ochlapać się w Pacyfiku po misji Artemis 1, pytałem quo vadis, NASA? Za opinię o tym programie parę osób się na mnie trochę obraziło sugerując przesadną krytykę, między innymi za komentarz do bajek o załogowym lądowaniu na Księżycu do 2024 roku, choć w tym przypadku byłem dość pewny, że i później niewiele będę musiał korygować swoją ocenę. Widząc ten program, wiedząc jak jest skonstruowany, nie tylko technologicznie, ale również systemowo, było jasne wtedy i jasne jest dziś dla każdego realistycznie patrzącego obserwatora, że granica absurdu nie tylko nie została przed Artemis 1 osiągnięta, lecz będzie wciąż uciekać z równie konsekwentną pogonią NASA za nią. Mniej krytyczni miłośnicy lotów kosmicznych wyrażali nadzieję, że program rakiet SLS (Space Launch System, czy jak wolą złośliwcy wśród amerykańskich podatników - Senate Launch System) po dekadzie bólów porodowych i udanej pierwszej misji wreszcie zacznie choć trochę udawać częściej wystrzeliwane rakiety użytkowe. No ale dość tamtego klimatu tekstów o SLS, to już minęło. Tak poważny program wymaga adekwatnie poważnego komentarza, zatem drodzy czytelnicy i wszyscy Ziemianie - lecimy na Księżyc, a nawet za.

Nim wyruszymy proszę przygotować się na dawkę optymizmu tak gęstą, że można by nią smarować kanapki w stołówce Centrum Lotów Kosmicznych Kennedy'ego. Jeśli ktokolwiek z Was słyszał ostatnio jakieś złośliwe plotki o "opóźnieniach", "anomaliach" czy "wycofywaniu rakiety z wyrzutni", spieszę z wyjaśnieniem: to nie są błędy, to nie są problemy. To wyrafinowane funkcje rozrywkowe są.

Świat wstrzymuje oddech. Za miesiąc, w kwietniu, czworo śmiałków ma polecieć tam, gdzie od pół wieku nie było żadnego człowieka - na orbitę wokół Księżyca. I oto docierają do nas wieści wreszcie tak radosne, że aż zapierające dech w piersiach. NASA ogłosiła przełom, o jakim marzą pokolenia inżynierów.

WDR (2): Drugi test "mokrego" tankowania rakiety SLS: wielki tryumf NASA

Zacznijmy od oszałamiającego sukcesu z 19 lutego 2026 roku. Drugi test tankowania (tzw. WDR - Wet Dress Rehearsal) w przeciwieństwie do pierwszego z 2 lutego (po którym start miał nastąpić 8 lutego) - zakończył się "bez większych problemów". To zdanie należy czytać z nabożnym szacunkiem! W świecie SLS "brak większych problemów" oznacza, że rakieta wciąż stoi pionowo, nie wyparowała w chmurze wodoru, a liczba wycieków zmieściła się w akceptowalnej normie, którą agencja prawdopodobnie definiuje jako "wszystko, co nie wymaga ewakuacji stanu Floryda". Pomyślnie wtłoczono ponad 2 miliony 640 tysięcy litrów kriogenicznego paliwa do rakiety SLS. Co za widowisko! Rakieta stała. Paliwo było zimne. Wszystko było dokładnie tam, gdzie powinno - czyli wewnątrz zbiorników na ciekły wodór i ciekły tlen wewnątrz centralnego członu (z wyjątkiem drobnych ilości wodoru, które podobnie jak przed Artemis 1 postanowiły pozwiedzać sobie okolicę wyrzutni, no ale w granicach normy, więc tym razem nie ma o czym mówić).

Mieliśmy dwa pełne cykle przedstartowego odliczania, zakończone precyzyjnie w punkcie T-29 sekund przed lotem. Niektórzy sceptycy już mogą pytać: "dlaczego nie poszli z tym dalej?". Odpowiedź jest prosta i genialna: bo 28 sekund to liczba wulgarna, a w NASA dba się o dobre maniery. Prawdziwy kunszt polega na tym, by zatankować najdroższy zbiornik świata, poczekać, aż wszyscy wstrzymają oddech, i powiedzieć: dobra, sprawdzaliśmy, czy patrzycie - rozejść się.

Podczas drugiego próbnego tankowania, po tym gdy pierwsze nie przyniosło pożądanego finału, inżynierowie w Centrum Kontroli Startu na Przylądku Canaveral doświadczyli "całkowitej utraty łączności naziemnej". Czy to jakiś powód do paniki? Oczywiście i jak najbardziej absolutnie nie. To zamierzona "sesja cyfrowego detoksu". Jestem przekonany, że NASA uznała patrzenie w monitory za zbyt szkodliwe. Operatorzy przeszli na "metody zapasowe", co w tłumaczeniu na język ludzi wolnych oznacza zapewne wyglądanie przez okno i pokazywanie kciuka w górę, gdy rakieta jeszcze nie wybuchła.

Izolacja wadliwego sprzętu przebiegła tak sprawnie, że nikt nawet nie zauważył, iż przez chwilę nadzorowano proces ładowania niebotycznej ilości kriogenicznego paliwa do rakiety za miliardy dolarów za pomocą intuicji i "metod zapasowych". To dowodzi, że SLS jest systemem tak inteligentnym i dopracowanym, iż nie potrzebuje kontaktu z twórcami, by trzymać pion na wyrzutni.

Warto też wspomnieć o naszym ulubionym wodorze. Podczas testu, stężenia gazu w interfejsach paliwowych podczas tankowania pozostały w "dopuszczalnych granicach". Po latach walki z przeciekami, które dawniej były wizytówką kilku prób startu Artemis 1, wreszcie udało się osiągnąć stan, w którym wycieka go tylko tyle, by nie było go widać z orbity. NASA ogłosiła to jako "walidację nowych uszczelnień", ale to nad wyraz skromne pojęcie do tego osiągnięcia, zwłaszcza, że po latach przerwy od regularnych lotów wahadłowcami można było wyjść z wprawy nad ujarzmianiem problemów o rodowodzie z lat 70. ubiegłego wieku. To tankowanie było wydarzeniem historycznym. Wszak wodór jako super-wredny gaz o duszy klaustrofobika szuka zawsze byle okazji na opuszczenie nieprzyjemnych dla niego zamkniętych przestrzeni - i fakt, że udało się go utrzymać w przewodach paliwowych przez kilka godzin bez anomalnych przecieków, zasługuje na co najmniej trzy porządne ordery i dożywotni zapas helu dla NASA - który, jak wiemy, przyda się później.

Jak nie wodór, to hel: gaz rozrywkowy. No i strategiczna pauza!

Prawdziwy majstersztyk nastąpił 21 lutego. Podczas gdy amatorzy spodziewali się startu po tym jak 20 lutego czteroosobowa załoga misji Artemis 2 rozpoczęła już kwarantannę, NASA w przypływie czystego geniuszu - ogłosiła "usterkę z systemem helu". W górnym stopniu ICPS (interim cryogenic propulsion stage - tymczasowy kriogeniczny stopień napędowy) zaobserwowano "przerwany przepływ helu" - wszystko w systemie odpowiedzialnym za utrzymanie ciśnienia w zbiornikach i prawidłową pracę silnika RL10 podczas pracy drugiego stopnia, konieczną między innymi dla dokończenia startu czy przeprowadzenia manewru "wstrzyknięcia" TLI na trajektorię wokół Księżyca. Błahostka. "Usterka z systemem helu"? To zdecydowanie zbyt surowa samoocena. Nie nazywajmy tego usterką. To jest niewątpliwie "strategiczna pauza oddechowa". Skoro w teście do Artemis 2 hel postanowił zostać ambasadorem spokoju uznajmy, że po prostu chciał dać czas agencji na odsapnięcie w tym piorunującym tempie przeprowadzania coraz to liczniejszych misji rakiet SLS, od których powoli można już stracić rachubę. 

Co więcej, sygnatura awarii okazała się identyczna jak w misji Artemis 1. To też jest wspaniała wiadomość! Oznacza, że NASA osiągnęła najwyższy stopień powtarzalności produkcji. Zamiast chaotycznych, nowych błędów, mamy starych, dobrych znajomych nieujarzmionych raz a dobrze nie dlatego, że nie da się ich ujarzmić, ale po to, by następnym razem było już wiadomo, jak ich ujarzmić, gdy zabawa w odwoływanie startu się znudzi - logiczne. To jak oglądanie ulubionego skeczu, ot choćby takiego o martwej papudze - wiemy, co się stanie, ale i tak bawi za każdym razem. Zbieżność martwej papugi z programem "Żywy trup", jakim tytułuję SLS, oczywiście i bez najmniejszej wątpliwości, jest absolutnie przypadkowa.


Monty Python: Martwa papuga. Credit: BBC/TV4/Wojciek Siwiak

Wskutek sukcesu z 19 lutego, NASA wysłała techników, by zamontowali na wyrzutni specjalne platformy dostępowe. Miały one pozwolić na przetestowanie bez konieczności powrotu do hangaru systemu bezpieczeństwa (FTS) mogącego zdetonować wznoszącą się rakietę w razie anomalii zagrażającej bezpieczeństwu publicznemu. Inżynierowie pracowali w pocie czoła montując te gigantyczne konstrukcje przez cały dzień.

I tu następuje kolejny zwrot akcji godny Oscara (gdy miał jeszcze jakąś wartość): w sobotę (21.02) rano, po wykryciu "sukcesu z helem", ci sami inżynierowie zostali wysłani, by te platformy natychmiast zdemontować. Dlaczego? Bo rakieta będzie musiała wrócić do hali montażowej VAB, a z rusztowaniami pod pachą by się nie zmieściła. Podobno dzieje się to w ramach wewnętrznego projektu NASA o nazwie "Kreatywne zarządzanie energią kinetyczną pracowników". Agencja po prostu dba o kondycję personelu - nic tak nie poprawia krążenia, jak budowanie czegoś przez 24 godziny tylko po to, by za moment to rozebrać w 12 godzin. Nie ma też lepszego sposobu na uczczenie idealnie przeprowadzonego testu tankowania, niż radosne wycofanie rakiety z wyrzutni do garażu.

Oficjalny komunikat brzmi prawie jak poezja: "NASA analizuje kwestię górnego stopnia rakiety i przygotowuje się do wycofania zestawu do VAB". Wszystko jasne? To nie jest awaria. To nie jest kompromitacja polegająca na tym, że po raz kolejny coś, co powinno działać jak w szwajcarskim zegarku za miliardy dolarów, zwyczajnie "siadło". To jest celowe działanie mające na celu celebrację inżynieryjnej doskonałości w zaciszu legendarnego hangaru.

Dzień ostatecznego triumfu

Kiedy zatem wystartujemy, skoro po lutowym opóźnieniu o marcu także można zapomnieć? Agencja, z poczuciem humoru godnym mistrzów surrealizmu, ogłosiła nowe okno startowe. Otwiera się ono... 1 kwietnia. Prima Aprillis, w krajach anglojęzycznych nazywany "Fool's Day" co by się przekładało na.. no, mniejsza o to.

I to dowodzi geniuszu NASA! Z pewnością nie chodzi tu o żadne skutki mechaniki orbitalnej, kwestie zarządzania paliwem, odległości między obiektami i tym podobne śmieszne sprawy dalszego rzędu decydujące o takich, a nie innych oknach startowych. Tu się kryje prawdziwie genialna strategia agencji. Mogę tylko sobie wyobrażać tę burzę mózgów menadżerów i rzeczników programu oraz co na niej ustalono: jeśli rakieta wybuchnie - powiemy "Prima Aprilis!". Jeśli wycieknie wodór czy znów dokaże nam hel - "Prima Aprilis!". Jeśli pojawi się inny problem: "Prima Aprilis!". To absolutnie najbezpieczniejsza data startu w historii astronautyki. Ryzyko wizerunkowe spada do zera, bo każdą katastrofę czy opóźnienie można będzie uznać zamierzonym efektem 1 kwietnia.

Ucieszyłbym się, gdyby do tego czasu powołano do życia ministerstwo zwariowanych rakiet, które nie latają, ale mają "doskonałe raporty" i dają się zatankować by sprzedawać to mediom jako gigantyczny sukces, jak to uczyniono kilka dni temu. Komitet do spraw redukcji ryzyka mógłby zorganizować większościowe głosowanie, by przed lotem ryzyko przestało istnieć, a w razie wpadki, ustami rzecznika prasowego wyjaśnić opinii publicznej, że eksplozja to jedynie szybkie, kontrolowane rozdzielenie komponentów celem jeszcze wygodniejszej segregacji odpadów.


Monty Python: Inżynieria. Credit: BBC/TV4/lutekdanielak1


Osłona termiczna

Jak już wspominałem przy okazji niedawnej 40. rocznicy innego sukcesu NASA, pojawiły się głosy o "problemach" z osłoną termiczną statku kosmicznego Orion. Dla przypomnienia: podczas misji Artemis 1 osłona nieco się... kruszyła. Zamiast ulegać zwykłej ablacji, odpadło kilkadziesiąt kawałków. Po głębszym namyśle stwierdzam jednak, że lepiej spojrzeć na to okiem artysty. To nie jest wada konstrukcyjna, ani "zarządzanie anomalią", to jest "ablacyjna improwizacja". NASA zdecydowała, że osłona w Artemis 2 będzie identyczna, zmieni się tylko charakter lotu, z bezzałogowego na załogowy, żeby było ciekawiej. Inżynierowie zmienili trajektorię powrotną na bardziej stromą, bez skoków w atmosferze jak w pierwszym locie testowym.

Dzięki temu astronauci będą wracać szybciej, co oznacza mniej czasu na nudzenie się w środku i więcej emocji przy jeszcze wyższej temperaturze 2760 stopni Celsjusza. Ktoś by pomyślał, że to jak jazda kolejką górską, w której nie ma się pewności, czy tory pod wagonikiem nie postanowią właśnie zamienić się w chmurę gazu, ale po co szykować się na najgorsze, jak można się szykować na najlepsze. Jeśli kawałki osłony odpadną, można to ogłosić jako planowe zrzucanie zbędnej masy dla optymalizacji balistyki.

Podsumowując, sytuacja wygląda następująco: tankowanie zakończyło się 100% sukcesem, a w nagrodę rakieta w marcu zamiast orbitować wokół Księżyca w zimnej pustce Kosmosu spędza sobie cieplutko czas w hangarze. System helu jest tak doskonały, że postanowił przestać płynąć, aby można poćwiczyć jazdę transporterem gąsienicowym z wyrzutni do hali montażowej. Załoga przerwała kwarantannę dobę po jej rozpoczęciu, bo uznano, że widok rakiety przetaczanej tyłem do garażu jest lepszy dla ich zdrowia psychicznego, niż lot wokół Księżyca. Rusztowania są montowane i demontowane w cyklu dobowym, by technicy nie zapomnieli, jak trzyma się klucz francuski. Startujemy 1 kwietnia, co automatycznie czyni misję niezniszczalną logicznie bez względu na jej przebieg.

Wszystko idzie zgodnie z planem. Każdy rollback do VAB to dodatkowe punkty za styl, każdy wyciek to dowód na to, że wodór ma duszę odkrywcy i chce być wolny. Jeśli ktoś uważa, że to bezsensowne wydawanie miliardów na rakietę z lat 70., która boi się helu, cóż, widocznie nie ma poczucia humoru godnego urzędników NASA ewidentnie wrogo przejętych przez grupę Monty Pythona. Artemis 2 to nie tylko misja kosmiczna. To chwalebny manifest przeciwko pośpiechowi w tym zabieganym, pędzącym na zatracenie świecie. NASA po prostu mówi nam: "dokąd się tak spieszycie? Księżyc nie ucieknie, a VAB jest przytulny o tej porze roku. Ta rakieta też ma swoje uczucia, dlaczego ją wysyłać w ciemną, zimną pustkę Kosmosu w lutym? Polecimy wiosną, gdy zrobi się jaśniej i cieplej." SLS jest wszak rakietą, która nie musi latać, by zarabiać.

Powiązane:
Quo vadis, NASA? Czyli powkurzajmy się po Artemis 1
STS-51L Challenger: 40. rocznica katastrofy + Artemis 2


        W klimacie powyższego felietonu:
raczej aktualny wideo-mem z 2022...

Pracownik NASA o SLS: jak najtaniej polecieć na Księżyc (parodia)

  f    t    yt   Bądź na bieżąco z tekstami, zapowiedziami, alarmami zorzowymi i wiele więcej - dołącz do stałych czytelników bloga na Facebookuobserwuj blog na Twitterzesubskrybuj materiały na kanale YouTube lub zapisz się do Newslettera.

W oparciu o materiały: NASA (1), (2), (3), SpaceflightNow (1), (2).

Komentarze