poniedziałek, 2 stycznia 2017

"Pasażerowie" (2016), czyli przewodnik marnowania potencjału dobrego kina science fiction

Co ja robię tu... Co ty tutaj robisz? Te słowa piosenki "Elektrycznych gitar" towarzyszyły mi w myślach wielokrotnie we wszelkich sytuacjach, w których wolałbym sobie przyjemnie siedzieć w domku, oddając się na przykład tysiąc sto czterdziestemu drugiemu seansowi "Dobrego, Złego i Brzydkiego". Ale ostatnio, po długiej przerwie ta piosenka towarzyszyła mi przez ponad 2/3 seansu kinowego, gdy miałem uzyskać według zapowiedzi twórców, przyjemność z oglądnięcia na dużym ekranie nowego dzieła science fiction pod tytułem "Pasażerowie", reżyserowanego w oparciu o bardzo obiecującą koncepcję, która nawet widniała do niedawna na tzw. czarnej liście Hollywoodu z najciekawszymi niezekranizowanymi scenariuszami. I co by nie mówić złego o „Pasażerach”, przez pierwszych 20-kilka minut rozsiadałem się w kinowym fotelu coraz wygodniej, a w głowie gdzieś szumiały myśli o szykującej się dla tego filmu mocnej „siódemce”, może i nawet „ósemce” w dziesięciopunktowej skali ocen, jeśli tylko dalej będzie tak dobrze jak jest obecnie. Niestety po dobrym pierwszym wrażeniu zaczął się ostry zjazd po równi pochyłej, którego w aż takiej skali, przyznając szczerze, się nie spodziewałem.
PASSENGERS | Credits: 2016 Columbia Pictures Industries, Inc.

Uwaga: W recenzji w różnych miejscach często znajdują się bardzo mocne spoilery zdradzające kluczowe elementy fabuły. Jeżeli nie widziałeś/aś jeszcze filmu, a masz taki zamiar i nie chcesz popsuć sobie przyjemności z seansu – lepiej od razu przeskocz tutaj do podsumowania recenzji bez spoilerów lub nie czytaj w ogóle tekstu dopóki nie zobaczysz filmu. Ostrzeżenie dotyczy także ewentualnych komentarzy pod tekstem.

Przyznam bez bicia, że w ostatnim czasie przed wyjściem do kina specjalnie wygórowanych oczekiwań nie miałem - długo nie miałem pojęcia, że w tym całym holiłudzie kręcą nowy film, który z uwagi na swoje miejsce akcji, historię i plenery może zaciekawić szeroko rozumianego miłośnika astronomii, astronautyki, Kosmosu. Nadszedł jednak wrzesień, ukazał się zwiastun, zobaczyłem trochę interesująco zapowiadających się obrazów, poczytałem o fabule, która z miejsca sprawiła wrażenie świetnego tematu dla jakiegoś psychologicznego dreszczowca osadzonego na statku przemierzającego przestrzeń kosmiczną i pomyślałem sobie, że udam się pod koniec roku na seans do kina, może nawet na to całe 3D - zwłaszcza, że po ostatnich przygodach z seansami trójwymiarowymi w kosmicznych sceneriach, musiałem zweryfikować swoje wcześniejsze sceptyczne nastawienie, bo taką "Grawitację" która tę zmianę mojego podejścia do efektu trójwymiaru wywołała, będę czcił do końca życia lub chociaż do czasu nadejścia demencji starczej, jeśli będzie mi dane stosownego wieku dożyć.

A więc czekałem, choć bez przebierania nogami, bo jednak mimo znajomości zarysu fabuły to co zobaczyłem w zwiastunie kazało mi się zacząć poważniej obawiać, że film z kierunku s-f o obiecującym scenariuszu po zapowiadanych zmianach zjedzie ostro w stronę taniego romansidła z drogą oprawą, w którym będą serwowane ckliwe, melodramatyczne nastroje rodem z pilota nowej meksykańskiej telenoweli "Interstellar" Christophera Nolana, zwanej dla zmylenia mas filmem science fiction.

W „Pasażerach” mamy historię statku Avalon – kosmicznego liniowca zmierzającego do kolonizowanej planety Homestead II, na pokładzie którego znajduje się 5000 pasażerów i 258 członków załogi – wszyscy w stanie hibernacji. W skutek pewnej awarii, jeden z pasażerów – Jim Presston (główny bohater grany przez Chrisa Pratta), technik, pasażer klasy średniej, zostaje wybudzony po zaledwie 30 z około 120 lat podróży, czytaj o 90 lat za wcześnie, a kapsuły nie posiadają możliwości ponownego zahibernowania. Innymi słowy główny bohater ma przekichane nie mniej od poprzedniego „Marsjanina” – jest bowiem skazany na śmierć długo przed dotarciem do celu. Całą resztę życia jako jedyny przebudzony ma spędzić na statku. Towarzystwa może mu dotrzymywać jedynie barman-android (grany przez Michaela Sheena).

Credits: 2016 Columbia Pictures Industries, Inc. Credits: 2016 Columbia Pictures Industries, Inc. Credits: 2016 Columbia Pictures Industries, Inc.

Gdy dociera to do jego świadomości, dostajemy film, który zaczyna sprawiać wrażenie świetnie zapowiadającego się kina science fiction. Powolna narracja, dążenie do zaradzenia dramatycznej sytuacji, próba nakreślenia sylwetki Jima od strony psychologicznej, aż po myśli samobójcze bohatera. Wtenczas szczęśliwie natrafia on na kapsułę, w jakiej widzi w stanie hibernacji „śpiącą królewnę” Aurorę Dunn (odegraną przez Jennifer Lawrence) – pisarka i jednocześnie córka ojca z Pulitzerem w dorobku, pasażerka klasy luksusowej. Nie godząc się na życie w samotności, targany moralnym dylematem Jim postanawia wykorzystać swój warsztat majsterkowicza by wybudzić Aurorę – co de facto wiąże się ze skazaniem jej na śmierć w ten sam sposób (chyba jedyna oryginalność produkcji). Nie chcem, ale muszem! – pomyślał sobie zapewne Jim - i Aurora jako druga wybudzona pasażerka całkiem szybko odnajduje w Jimie bratnią duszę, choć nie wie, że jej los nie został przesądzony awarią, lecz celowym, zaplanowanym działaniem Jima. Oto nasza para, zakochany Jacek i Barbara zaczynają się do siebie zbliżać, nawet dosłownie, jak to na innym liniowcu pasażerka klasy premium zbliżyła się z pasażerem najniższej kategorii. Tak, Titanic. Tu również Titanic, tyle, że Avalon. Ale, co jest oczywistością, żaden związek oparty na fałszu dobrze kończyć się nie może, więc dalszy rozwój relacji tytułowych pasażerów nie jest niczym trudnym do przewidzenia.

W momencie wybudzenia Aurory film z science fiction gwałtownie zaczyna skręcać ku romansowi, z elementami rodem z tanich komedyjek romantycznych – i dotyczy to całego środkowego aktu, po którym trzeci, finałowy jest już prawdziwym melodramatem pomieszanym z kinem akcji. Wygląda to zupełnie tak, jakby w pewnym momencie za pisanie scenariusza wzięła się inna osoba. Ot, tak po prostu, film porzuca to, co serwował widzowi od początku, czytaj - to co zapowiadało naprawdę udaną produkcję.

Uciekając się do cyferek określających czas projekcji, mamy tu jakieś 25 minut filmu science fiction w klimacie „2001: Odysei kosmicznej” czy „Moon”, po czym dostajemy około 50 minut romansu / komedii romantycznej z dialogami na poziomie "Trudnych spraw", w finale zaś akcyjniak wpleciony w melodramat. Niestety każdy akt, każda kolejna część i wejście w nowy gatunek filmowy to wykonywane przez twórców skoki na główkę do pustego basenu z coraz wyższej trampoliny, gdzie dobre wrażenie pojawiające się na początku zostaje całkowicie zastąpione zdegustowaniem, zniesmaczeniem, aż w końcu kompletnym rozczarowaniem i wrażeniem zrobienia w bambuko.

Tracą na tym na nie tylko widzowie nastawiający się na science fiction, ale i sam film, gdzie duży potencjał opowieści z prędkością światła ulatuje bezpowrotnie do czarnej dziury. Film jest miksem gatunków sprawiającym, że zamiast zdecydować się na jeden konkretny tor ustalony w prologu, twórcy najwidoczniej chcą zapewnić umiarkowaną dozę rozrywki każdemu po trochu by trafić w jak najszersze gusta widzów - tych lubiących kino sci-fi bez dodatków, tych wolących komedie romantyczne, tych preferujących typowe romanse i melodramaty. W rezultacie powstaje film niespójny, będący prawdziwym bigosem gatunkowym, przy którym twórcy kompletnie się pogubili i przy którym żadna ze wspomnianych widowni nie będzie usatysfakcjonowana w pełni, co byłoby możliwe decydując się na obranie jednego konkretnego gatunku bez dodatków - błąd powtórzony z "Interstellar". Jeśli nie błąd - bo oczywiście tak to tylko subiektywnie oceniam, to co najmniej dziwaczna konwencja, z którą mi zupełnie nie po drodze.

Credits: 2016 Columbia Pictures Industries, Inc. Credits: 2016 Columbia Pictures Industries, Inc. Credits: 2016 Columbia Pictures Industries, Inc.

Niestety, w wyniku zmiany scenariusza, strona psychologiczna postaci i ich relacji, która dawała na papierze perspektywę powstania interesującego filmu cięższego kalibru od początku po sam finał, przez twórców "Pasażerów" szybko została potraktowana po macoszemu, w efekcie czego dostajemy wysokobudżetowe "Dlaczego ja" z równie sztucznym aktorstwem. Zaryzykowałbym stwierdzenie, że dialogi i większość scen rozpisanych z udziałem głównej pary w czasie gdy film staje się zwykłym romansem próbującym wzruszać najtańszymi metodami pretendowałyby "Pasażerów" do licznych Złotych Malin, ale choć widziałbym tu nieco zdobytych statuetek, to jednak bardziej prawdopodobnym wydaje się nagrodzenie tymi wspaniałymi nagrodami drugiej części udawanego pornola o mrocznych gębach Greya czy jak się tam ten scheiss nazywa, na którego zapewne znów pobiegną dzieciaki i młodzi napaleńcy o ujemnym guście filmowym. Mimo wszystko zawsze jest cień szansy na równy podział nagród, a wówczas bardzo możliwe, że i "Pasażerowie" na jakieś wyróżnienia się załapią.

Nawet średnio udany "Interstellar" ociekający melodramatycznymi banałami miał zauważalnie więcej klasy od tego, co zaserwowali twórcy "Pasażerów". Znów nie winię tu aktorów, którzy przy takim scenariuszu zwyczajnie musieli ponieść fiasko, ale właśnie tych twórców, których nie widać. Tych, którzy schowali się bezpiecznie za kadrem - reżysera Mortena Tylduma i scenarzysty Jona Spaihtsa - wystawiając widzom na bombardowanie jajami i pomidorami aktorów, w usta których wepchnęli tyle kiczu, że spokojnie możemy sobie w nim popływać niczym Titanic po Atlantyku, bo sami Lawrence i Pratt zapewne robili co mogli by nie parskać śmiechem przy odgrywaniu większości scen. „Pasażerowie” przez zejście z tonu odczuwalnego w pierwszym akcie, stały się filmem niesamowicie wtórym i do bólu przewidywalnym.

Credits: 2016 Columbia Pictures Industries, Inc. Credits: 2016 Columbia Pictures Industries, Inc. Credits: 2016 Columbia Pictures Industries, Inc.

Jedna wielka nijakość, jedno wielkie nic, za to serwowanie widzowi banałów i jeżdżenie na utartych schematach czyniące ten film jednym z najbardziej odgrzewanych kotletów w ostatnich latach. Samo wprowadzenie – pierwsze dwie-trzy minuty przypomina nam od razu zwykłą kopię z rozpoczęcia „Odysei kosmicznej 2010”, co samo w sobie złe nie jest, ale i o nowatorstwie też powiedzieć nie można. Dalsza część filmu to ujęcia niczym sceny z „2001: Odysei kosmicznej” z wnętrz statku Discovery, pogawędki z komputerem pokładowym niczym Halem 9000 buntującym się osobom na pokładzie lub jak tu – co najmniej wyraźnie utrudniającym działanie przebudzonego pasażera; mamy namowy do mimo wszystko „rozpoczęcia życia, ponownego spróbowania życia” niczym kwestie wypowiadane przez postać George'a Clooneya do chcącej popełnić samobójstwo Sandry Bullock w „Grawitacji”; mamy romans żywcem skopiowany z „Titanica” - najprostsze zagrywki typu on – pasażer klasy niższej, ona pasażerka klasy złotej, wypasionej dla vipów – i jak rozwija się relacja łatwo zgadnąć, równie łatwo bez cienia zaskoczeń nie trudno się domyślić do jakiego punktu zmierzać może związek, w którym to fałsz zamiast Prawdy stanowi podstawę relacji międzyludzkich; oczywiście trzeba wepchnąć serię rozbieranych scenek; poprzeplatać to serią scen o sielankowym niby-zabawnym klimacie przypominających momenty rodem z dennych komedyjek romantycznych; mamy próbę poświęcania się jego dla niej i całej reszty statku w celu rozwiązania problemu – próbę, bowiem ona go ratuje mimo że została skazana przez niego na taki sam przesrany los – co można odczytywać jako próbę usprawiedliwiania jego egoistycznego czynu w istocie będącego morderstwem.

Żadnych zawirowań fabularnych, żadnych „twistów”, zwrotów akcji – mało tego: hasło reklamowe na plakatach i jednocześnie kwestia wypowiadana przez Pratta do Lawrence w głównym zwiastunie („Muszę ci coś powiedzieć. Jest powód, dla którego się wcześniej obudziliśmy”) sugerująca szykujący się jakiś potężny zwrot akcji mocno zwiększający atrakcyjność historii – w ogóle nie zostaje w filmie użyta! Zwykła chęć wybudzenia innej osoby do towarzystwa – ot i wszystko. Brawo dla marketingowców za wyrolowanie widzów.

Jeśli chodzi zaś o realizm, „Pasażerów” można wepchnąć na zdecydowanie niską półeczkę, może nie tę najniższą, na której spoczywa moja ulubiona parodia kina science fiction „Armageddon” będąca definicją głupoty totalnej pod tym względem, ale niewiele wyższą. Mamy wprawdzie kilka scen, w których można twórcom od efektów specjalnych pogratulować, wśród nich widowiskowa scena zaniku sztucznego ciążenia gdy główna bohaterka znajduje się w basenie po czym zostaje uwięziona w wielkiej wodnej bańce – widać, że twórcy musieli oglądać eksperymenty przeprowadzane przez astronautów na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej z wodą w stanie nieważkości i możliwością uwięzienia w odpowiednio dużej bańce innych przedmiotów, ale podobnie jak w „Interstellar” z "przyjazną czarną dziurą", próby budowania realizmu w końcu i tak legną w gruzach. Zanim do gruzów przejdziemy warto odnotować także realistyczne sceny będące ewidentnym naśladownictwem „Grawitacji” - dwoje bohaterów połączonych liną w otwartej przestrzeni kosmicznej, sceny w pewnych momentach nawet wchodzące w dialog z filmem Cuaróna poprzez próbę ukazania poprawnego zachowania człowieka w momencie wytracenia pędu a trzymającego się na uwięzi, próbę pomyślnie zresztą przedstawioną (gdy jeden z bohaterów osiąga prędkość równą zeru trzymając linę, wystarcza szarpnięcie liną w przeciwnym kierunku (w stronę bohaterki granej przez Lawrence)) czy łzy utrzymujące się na twarzy dzięki napięciu powierzchniowemu, które w „Grawitacji” niepoprawnie się uniosły.

No właśnie, te dwie sceny tym razem przedstawiły wspomniane zjawiska poprawnie – tylko co z tego, skoro w licznych innych miejscach twórcy odstawiają kompletną fuszerkę, która jeży włos na głowie nawet przy założeniu, że dopuszczamy scenarzystom jakiś tam akceptowalny margines błędu w tym gatunku? Film zaczyna się od jakże ładnie brzmiącego... ryku silnika statku Avalon słyszalnego w otwartej przestrzeni kosmicznej. Podobnie ta sama bzdura powtarza się jeszcze w kilku innych scenach. Trzeci akt filmu to już totalna groteska obrażająca inteligentnego widza i jazda bez trzymanki z masakrowaniem realizmu kompletnie nie różniącym się poziomem od stylu Michaela Baya. To co scenarzysta uczynił z postacią głównego bohatera po schłodzonym szczęśliwie na ostatni moment reaktorze statku kosmicznego, to jakim niezniszczalnym supermenem się on stał mając w jednej ręce tarczę traktowaną przez niego jako wystarczającą „osłonę termiczną” zanim łaskawie daje się wyrzucić w przestrzeń poza statek po jakiejś minucie (o ja pierdzielę!) solidnej walki na linii ujścia wielkiej energii, to już jest zwyczajną komedią absurdu.

Oczywiście wcześniej mamy serię melodramatycznych ujęć i dialogów jak to on nie może się poświęcić według mniemania bohaterki, którą wybudził, jakie to niebezpieczne, „jeśli ty giniesz to i ja ginę” (zupełnie jak w „Titanicu” - „ty skaczesz, ja skaczę” gdy postać grana przez Kate Winslet chciała sprawdzić swoje umiejętności surwiwalowe w lodowatym Atlantyku po skoku z wysokości kilku pięter). Gdy bohater zostaje wyrzucony poza statek po korzystnie przeprowadzonej próbie schłodzenia reaktora, zrywa się on z uwięzi, znów pada seria łzawych tekstów „pożegnalnych”, ma on uszkodzony kombinezon w efekcie czego dochodzi do całkowitej utraty tlenu, bohater milknie, traci przytomność, oddala się coraz bardziej, hełm zaczyna już zamarzać (więc założyć musimy, że mija co najmniej kilkanaście minut = pewny zgon postaci). I co? Ano Aurora wyskakuje ze swoją uwięzią, przechwytuje Jima, wciąga go z powrotem na pokład (na co znowu wypadałoby założyć co najmniej kilkanaście minut idąc twórcom na rękę), dokonuje automatycznej reanimacji odpicowanym sprzętem na pokładzie Avalona i... trzymajcie się mocno... naprawdę to piszę – Jim zostaje pozytywnie postawiony na nogi, mimo że już dawno powinien był zaznać nieodwracalnych zmian mózgu na skutek niedotlenienia, czytaj odwalić kitę. Bardzo dobrze, że kino zapewnia miejsca siedzące, bo w innym razie istniałoby duże ryzyko osunięcia się widzów na ziemię z powodu załamania, które doświadczają oglądając taką parodię. Tylko, że niestety to wciąż nie koniec! Po tym happy-endzie odrealnionym nie mniej od widowiskowych batalii w „Gwiezdnych wojnach” pojawia się radosne bum-bum-tralalala – znów mamy zakochaną parę Jacka i Barbarę po jej burzliwym fochu, Jacek oświadcza się Barbarze, jego egoistyczna decyzja o wybudzeniu bohaterki staje się właściwie usprawiedliwiona przez twórców czyniąc film moralnie odpychającym i gloryfikującym relację opierającą się na - jakby nie było - syndromie sztokholmskim, bohaterowie zaczynają sobie żyć długo i szczęśliwie, pływają sobie słodziutko w basenie, dostajemy wciąż następne cukierkowe obrazki i bach – skoczna pioseneczka rodem z dennej komedii romantycznej zamyka nam to wiekopomne dzieło.

Nie , nie zmyślam – obraz Mortena Tylduma naprawdę tak wygląda i zmierza ku takiemu finałowi. Aby uzmysłowić sobie z jak kretyńskim filmem mamy do czynienia po tym co się dzieje z bohaterami, warto cofnąć się do roku 1992 i zapoznać się z rewelacyjną satyrą na Hollywood „Gracz” w reżyserii Roberta Altmana będącego marką samą w sobie. Widać wyraźnie, że twórcy „Pasażerów” potraktowali film Altmana bardzo poważnie, ale najwidoczniej nie zauważyli lub zwyczajnie olali ciepłym moczem fakt, że była to satyra, a nie instruktaż kręcenia dobrych produkcji. Oczywiście pierwszy wariant i podejrzewanie duetu Tyldum-Spaihts o zbyt słabą spostrzegawczość można wykluczyć, a odczytanie intencji twórców może tutaj być tylko jedno - traktujemy widza jako skończonego idiotę, który i tak się naszym scenariuszem zachwyci. Kto nie widział filmu Altmana, temu gorąco go polecam.

Credits: 2016 Columbia Pictures Industries, Inc. Credits: 2016 Columbia Pictures Industries, Inc. Credits: 2016 Columbia Pictures Industries, Inc.

Zmierzając do końca tekstu i nie pisząc już nic o tym pożal się Boże scenariuszu, jakieś jednak plusy oprócz wspomnianych jeszcze warto wyciągnąć. Przede wszystkim odnotowałbym tutaj ścieżkę dźwiękową Thomsa Newmana. Nie jest to oscarowy soundtrack, podobnie jak to odczuwałem z muzyką Gregsona-Williamsa w ostatnim „Marsjaninie”, ale w kilku miejscach nie da się mu odmówić brzmień świetnie współgrających z kosmicznymi plenerami i kinem s-f jakiego doświadczamy w prologu. Mało tego - w niektórych scenach trąci mi wręcz Vangelisem co działa tylko na korzyść – i muszę tu wspomnieć o najśliczniejszej w mojej ocenie scenie w „Pasażerach” gdy bohaterowie podziwiają Arktura przy jednoczesnym brzmieniu chyba najciekawszego utworu ścieżki dźwiękowej „Red Giant”. I właśnie Arkturowi przypadła zdecydowanie ta najlepsza rola w filmie. Podobnie jak Mistrz Anthony Hopkins w „Milczeniu owiec” kradnie ten film mając do dyspozycji mniej niż 20 minut na ekranie, tak tu ten pomarańczowy olbrzym stanowiący najjaśniejszą gwiazdę Wolarza kradnie ten film wszystkim pozostałym na planie, choć ma do „zagrania” jedynie minutę. Ale właśnie tę minutę i tylko tę minutę chcę po seansie zapamiętać. Plusem jest też niewątpliwie prolog, a więc pierwsze dwadzieścia-kilka minut produkcji, co jednak w ujęciu całościowym nie ma wielkiego znaczenia przy dalszym szambie, którym jesteśmy częstowani. Spisali się także twórcy strony wizualnej, choć o porównywaniu jej poziomu do „Marsjanina” czy oscarowej „Grawitacji” ze zdjęciami przypominającymi wyjęte z filmu dokumentalnego, nie ma w ogóle co pisać. No i film jednak kończy się po mniej niż dwóch godzinach – to także zaleta, gdyby bowiem miał przedłużać te melodramatyczne odgrzewane kotlety dalej, to pojawienie się odruchu wymiotnego mogłoby być kwestią minut.

Przepraszam za niedoskonałość recenzji i zapewne pominięcie wielu innych jeszcze niedorzeczności, ale nie chcę i nie planuję do tego filmu już wracać by je wyłapywać, wszak to co zapamiętałem i wyżej przytoczyłem jest najcięższego kalibru absurdami, które najlepiej podsumowują dokonanie pana reżysera Tylduma i scenarzysty Spaihtsa, przy których inne błędy wydają się mało znaczące.

"Pasażerowie" są dziś kolejnym filmem, który reklamowany jako thriller science fiction, z s-f to co ma wspólnego, to na pewno przestrzeń kosmiczna jako miejsce akcji, mocno odległy w przyszłość czas i pierwszy akt, ale w istocie cała reszta scenariusza, który ewidentnie od pewnego momentu zaczął być pisany na kolanie lub na sraczu, do którego chyba się spieszyło jego autorowi, przemienia ten obraz w kiczowaty melodramat osadzony w kosmosie, który wizualnie niczym nie odróżnia się od obecnie taśmowo produkowanych filmów, fabularnie mimo ogromnego i zmarnowanego potencjału stanowi bardzo mizerną średniawkę jakich nie brak, realizmem mimo kilku poprawnie przedstawionych zjawisk ostatecznie postanawia szorować o dno niczym "Armageddon", upodabniając się do niego w nie mniejszym stopniu dialogami i postaciami, gdzie człowiek nastawiony na solidne kino s-f miał wrażenie otrzymania mdłego kosmicznego wyciskacza łez.

Nie dziwi przy tym duża ilość pochlebnych opinii od osób, które deklarowały się dotąd jako niezainteresowane kinem science fiction, a po obejrzeniu "Pasażerów" nagle pokochały ten gatunek. Ano pokochały, wszak dostały film skrojony pod masowego odbiorę, który z porządnym science fiction mogącym być wspominanym przez dekady, nie ma nic wspólnego. Cały zaś żal wobec twórców odczuwany po seansie potęguje fakt, iż w trakcie oglądania prologu powolnie budującego napięcie i zapowiadającego poważną historię, naprawdę można było oczekiwać dobrego obrazu aż po sam finał. Ogromna szkoda, że po wciągającym i obiecującym początku wszystko się spieprzyło. Na całego.


Zdjęcia: Columbia Pictures Industries, Inc. / Sony Pictures

Bądź na bieżąco ze zjawiskami astronomicznymi i zapleczem amatora astronomii - dołącz do stałych czytelników bloga na Facebooku lub GooglePlus.

10 komentarzy:

  1. Dla mnie i paru znajomych z którymi się udaliśmy na seans także niestety zawód. Zwłaszcza odczuwany po wprowadzeniu wskazującym na szykowanie się świetnej pozycji w dzisiejszym kulejącym sci-fi. "Efekt wow" był na początku bardzo silny, jest to na pewno najlepiej wyreżyserowany fragment filmu. Ale w finalnych scenach towarzyszyły nam już głównie chichoty a u niektórych nie nadające się do zacytowania tutaj słowa wyrażające... no niezbyt pozytywne emocje że tak to łagodnie ujmę po tym cośmy ujrzeli :D

    OdpowiedzUsuń
  2. Dokładnie! Gdzie jest 'There is a reason why woke up early' !?!?!
    Widzę, że grono zmanipulowanych trailerem się szerzy.

    Ten film, jest dla mnie tak samo absurdalny jak Elizjum, gdzie Matt Damon rozwiązuje problem przeludnienia Ziemi wysyłając na naszą rodzimą planetę machiny zdolne uleczyć każdą chorobę. Takie sarkofagi z Gwiezdnych Wrót dla mas.
    Tyle, że na Elizjum trafiłam z przypadku czekając na opóźniony pociąg, więc zawód był niewielki. Tutaj miałam ochotę oszaleć! Od połowy seansu czekałam na ten wielki zwrot akcji i ... i nic! No comment.

    Niestety mam wrażenie, że wymagania widowni chyba naprawdę maleją bo po obu seansach komentarze z boku były raczej entuzjastyczne.
    PS
    Bardzo spodobał mi się zwrot 'ujemny gust filmowy' :)
    PS 2
    Może skróć trochę tę recenzję. Ktoś kto przebolał film nie da rady tak długiego wywodu doczytać do końca ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzięki! Miałem ten film olać, ale nie byłem do końca przekonany... Już jestem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Makroman, ja też nie byłem pod koniec oczekiwania przekonany po zwiastunie, no ale na potrzeby tekstu trzeba się czasem poświęcić. Z drugiej strony nawet gdybym miał uznać film za totalne nieporozumienie to staram się nie pisać sugestii "nie oglądajcie / omijajcie film z daleka" bo wiem, że tu, podobnie jak przy literaturze, każdy może odbierać dzieło inaczej, więc gdyby co, obejrzeć "Pasażerów" zawsze możesz - choć akurat niekoniecznie za cenę pójścia do kina, tu rzeczywiście przychylam się opiniom w stylu "poczekaj na emisję w tv lub serwisie na życzenie".

      Alex Andro, "Elizjum" nie widziałem, podobnie czeka jeszcze w kolejce parę tytułów za które nie zawsze jest czas się zabrać, ale Twoja opinia pokrywa się niestety z większością jakie widziałem, więc do tego filmu też mi nieśpieszno na razie. W "Pasażerach" kampania marketingowa i zwiastuny zrobiły swoje, ciekaw jestem ilu poszło na seans z myślą o sugerowanym zwrocie akcji.

      @ Michu, u mnie akurat nie słyszałem wielu narzekań, za to widziałem tonące w chusteczkach młode panienki, na które najwidoczniej film zadziałał (ale jako melodramat, żadne tam s-f). A film miałby może z 6-7 punktów - jako krótki metraż, gdyby właśnie go zamknęli ot choćby w scenie próby samobójstwa zostawiając decyzję bohatera niedopowiedzianą.

      Usuń
  4. Swoją drogą ciekawe skojarzenie S-F z "Dobrym, złym i brzydkim":)Dwa inne światy. No ale i tak wszystko dzieje na tej samej planecie;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie nie, mi się "Dobry, Zły i Brzydki" nie kojarzy z SF, wspomniałem o nim tylko dlatego, że dosłownie każdy film niezależnie od gatunku (poza wymienionym Greyem czy "Armageddonem") byłby dla mnie przyjemniejszym seansem od "Pasażerów", a już wspomniany król westernu (z racji iż mam jeszcze większego kota na tym punkcie) przede wszystkim :-)

      Usuń
  5. Hawkeye, zmień plakat. Ten jest bardziej na czasie :D
    http://tnij.org/6189dl4
    A na film raczej "se jeszcze poczekam".
    Robert

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, to mamy nowego czarnego konia nadchodzących Oscarów ;-) Zapewne zwycięży nawet przy braku wcześniejszej nominacji. Pozdr

      Usuń
  6. A ja w przeciwieństwie do opinii pozostałych film oceniam na plus. Nie aż tak duży, jakby można by się spodziewać, ale jednak na plus. Głównie ze względu na nastawienie do filmu. Nie oczekiwałem po seansie czegoś wielkiego, ot lekka przygoda w kosmosie, w sam raz na niedzielne popołudnie w kinie. Ujęcia kosmosu ładne, muzyka przyjemna dla ucha, Artur (android)- zabawny. Owszem, kilka bzdur w filmie da się wyłapać ale na boga - który film ich nie ma? Jak rozbierzesz film na czynniki pierwsze to znajdziesz co chcesz. Czepianie się filmu, bo było słychać odgłos silników w kosmosie jest na siłę. A co powiesz o Gwiezdnych Wojnach? Tam wszystkie statki kosmiczne wydają dźwięk w kosmosie a mimo wszystko fajnie się tą serię ogląda. Kwestia zdania wypowiedzianego w trailerze? Już dawno o niej zapomniałem; może dlatego że trailerów przeważnie nie oglądam (przychodzę do kina 18-20 min. później, właśnie ze względu na zapowiedzi i reklamy; jak się jest w kinie 6-7 razy w miesiącu to zaczynasz ich unikać jak diabeł święconej wody :)). Jak widzisz na każdy argument można znaleźć kontrargument. Powtórzę - wszystko zależy od nastawienia do filmu. Poprzeczkę co do wymagań dla tego filmu miałeś wysoko podniesioną, ja od samego początku nie robiłem z tego filmu wielkiego dzieła.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej! Jestem w szoku! (co do częstotliwości seansów) :-)
      Jeśli rzeczywiście masz taką miesięczną frekwencję w kinie (dla porównania u mnie te 6-7 razy przekłada się na okres dwóch lat jeśli nie dłużej), to jestem w stanie zrozumieć taki odbiór filmu.

      Ale że ja miałem wygórowane oczekiwania?! Łukasz, no! :-) Tu muszę w takim razie przypomnieć coś ze wstępu: przez większość oczekiwania na premierę wcale nie stawiałem poprzeczki wysoko! Zarys fabuły na samym początku gdy usłyszałem o filmie wydał mi się obiecujący - bo istotnie taki był, ale wspomniałem przecież, że po wrześniowym zobaczeniu zwiastuna i zapowiedziach o zmianie oryginalnej historii mój zapał został ostudzony, że to już było czekanie bez przebierania nogami, pisałem też, że mając w pamięci zwiastun przy wychodzeniu na seans szedłem mocno przekonany, że zobaczę łzawy melodramat zamiast dobrego sci-fi.

      "Gwiezdne Wojny" to już czysta fantastyka, zupełnie inny gatunek, bajeczka której nigdy nie oceniałem i nie oceniam przez pryzmat realizmu i błędów bo jak bajeczkę oglądam, ale nic więcej ponad to. Co do sci-fi, zdaje sobie sprawę, że w tych filmach zawsze się wkradają pewne błędy, ale te które zacytowałeś najczęściej traktuję jako zwykłe ciekawostki nie mające dużego wpływu na moją ocenę. Nie lubię jednak jak między takimi drobnostkami twórcy wpychają serię innych już poważnych baboli, robiąc ze mnie głupka który ma to kupić i się zachwycić - jak tu praktycznie cały melodramatyczno-sensacyjny trzeci akt i to, co wyżej w nim wymieniłem, bo tam już był komiks o super-herosach. Gdyby film taki był od początku to pewnie szybciutko bym się pogodził z niefortunnie zakupionym biletem i oglądał go od rozpoczęcia niczym "Armageddon", ale że wprowadzenie sugerowało dobre sci-fi, znacznie lepsze od studzącego mój zapał zwiastuna, to rozczarowanie po doznanym później szoku było tym bardziej bolesne.

      Oczywiście szanuję Twoją opinię i wiem, że akurat przy recenzjach literatury czy filmu rozbieżne głosy muszą się pojawiać, wszak każdy z osobna odbiera dzieła inaczej, zatem tak czy siak dzięki za komentarz! :-) Pozdro

      Usuń

Zainteresował Ciebie wpis? Masz własne spostrzeżenia? Chcesz dołączyć do dyskusji lub rozpocząć nową? Śmiało! :-)
Jak możesz zostawić komentarz? - Instrukcja
Pamiętaj o Polityce komentarzy

W komentarzach możesz stosować podstawowe tagi HTML w znacznikach <> jak b, i, a href="link"